PROLOG i I ROZDZIAŁ – ZAWSZE PÓJDĘ ZA TYM, CO MIESZKA WE MNIE

WIDZĘ SIĘ W TWOICH OCZACH
Prolog.

 

Kiedy krew w żyłach zaczyna się burzyć, a na twarzy grymas bólu pojawia się równie szybko, co kolejna, napływająca z czasem chwila, spójrz w moje oczy.

To w nich zobaczysz wszystko, co potrzebujesz widzieć i wiedzieć, nie o mnie, ale o sobie.

Na dnie moich oczu mieszka Twoja historia. Są tam schowane Twoje lęki, zmartwienia, tęsknoty i pragnienia. W moich oczach ukrywają się Twoje kłamstwa, wszystkie stracone szanse, przepuszczone okazje i niewykorzystane możliwości. To w głębi mojego spojrzenia ujrzysz swój ogromny potencjał. Blask moich oczu uświadomi Ci Twoją chwałę, sławę i potęgę, ale też małość i marność. Wystarczy jedno wejrzenie we mnie, a odkryjesz prawdę o sobie. Twoja dusza zrobi to szybciej, niż Ty pomyślisz. Ta prawda nie zawsze jest wygodna, ale zawsze warta poznania. Jeżeli tylko poczujesz chęć odwrotu, proszę zostań. Zrób to dla siebie i dla mnie. Patrz tak długo w moje oczy, aż zrozumiesz i uleczysz w sobie to, co chore, to, co woła o pomoc, to, co zakryte przed innymi. Prawda zawsze wyjdzie na jaw. Różnymi ścieżkami, często krętymi, ale ona zawsze znajdzie drogę, drogę do Ciebie.

Jeżeli zostawisz moje oczy w spokoju, zanim prawda cię dogoni, one Cię z czasem odszukają. Pojawi się ktoś, najpewniej podobny do mnie, któremu znów będziesz musiał spojrzeć w oczy. Ten niezwykły proces będzie trwał, będzie się powtarzał w kółko, aż przyjdzie taki dzień, w którym zrozumiesz, co Twojego mieszka w źrenicach moich oczu. Jeśli przyjmiesz tę prawdę i ją umiłujesz, wtedy popatrzysz w moje oczy i zostanie Ci objawione wszystko, czego szukałeś. Wtedy nareszcie odnajdziesz w nich same wspaniałości. Miłość, radość, szczęście, szczerość, wierność, zadowolenie, uśmiech i definicję – najważniejszą na całym świecie. Definicję, która określa Twoją istotę, Twoje powołanie, Ciebie. W moich oczach odnajdziesz siebie.

 

 

Rozdział I – Zawsze pójdę za tym, co mieszka we mnie.

 

Tego dnia Julia obudziła się wcześniej, niż miała zaplanowane. Przetarła zaspane oczy.

—Nie mogę spać przez ten wiatr. Chyba się Lucyfer powiesił — oceniła, ziewając.

Za oknem szalała wichura. Niewielkie, drewniane okna trzęsły się w futrynach uderzane silnymi podmuchami.

— Nic z dzisiejszej wyprawy. Orla perć musi poczekać — dodała, spoglądając przez okno schroniska na zasłane ciemnymi chmurami niebo. Powiedziała jedno, ale myślała drugie. Pragnienie wspinaczki było silniejsze od niej. Po cichu liczyła na to, że niebawem pogoda się poprawi i będzie mogła wyruszyć na wyprawę. Spoglądała teraz na ośnieżone szczyty Tatr. Góry wyglądały majestatycznie. Julia kochała je od zawsze. Odkąd sięgała pamięcią były obecne w jej życiu. Zaczęło się od albumu, który podarował jej w dzieciństwie dziadek. Do albumu dołączona była plastikowa, trójwymiarowa mapa. Julia uwielbiała czuć   pod palcami jej nierówności. Błądziła po większych i mniejszych wzniesieniach i już wtedy wiedziała, że w przyszłości często będzie przebywała w otoczeniu wysokości.

Była piękną, wysoką brunetką o pociągłych rysach twarzy. Jej oczy miała kolor morskiej wody. Najlepiej ich barwę oddałaby mieszanka koloru zielonego i błękitnego. Tydzień temu   skończyła dwudziesty piąty rok życia. Z tej okazji postanowiła wybrać się na urodzinową wycieczkę w góry, a że lubiła samotność, to wyjazd w pojedynkę nie stanowił żadnego problemu. Zresztą niedawno rozstała się z chłopakiem, a pocieszeniem na bolące serce miał być kojący, górski krajobraz .

—Tego kwiatu jest pół światu — stwierdziła buńczucznie i przeczesała palacmi swoje długie, brązowe włosy. Związała je w koński ogon. Siedziała na parterze piętrowej, drewnianej pryczy. W pomieszczeniu znjadowało się jeszcze kilka takich łóżek. jedno z nich było zajęte, spał na nim mężczyna. Kobieta zwinęła swój śpiwór i wyciągnęła z plecaka przybory toaletowe. Chciała się nieco odświeżyć, przed zejściem do stołówki.

— Mam nadzieję, że jesteś teraz szczęśliwy — wymówiła jeszcze przez zaciśnięte zęby. Złość nadal się kotłowała w jej sercu. Adam dostał kontrakt w Stanach. Prosił Julię, żeby pojechała z nim, ale ona nawet nie chciała o tym słuchać. Uważała, że Kraków to jej miejsce do życia i nie miała zamiaru go opuszczać, no chyba, że na kolejną wyprawę w góry. Wiedziała, że miłość na odległość nie ma sensu, więc po oświadczeniu Adama, podjęła decyzję o rozstaniu. Była dosyć porywcza w działaniu, zanim pomyślała, to często zrobiła jakąś rzecz. Zdarzało się, że potem żałowała, ale najpewniej było wtedy za późno. Tym razem też postanowiła zrobić szybki ruch. Nie pomogły prośby, zapewnienia, ani kwiaty, którymi Adam obdarowywał swoją wybrankę.

— W dupie mam plastikową Amerykę i sztuczne hamburgery!   — obruszyła się, wychodząc z pokoju w schornisku. Powiedziała to podniesionym głosem i na tyle głośno, że nieznajomy turysta, który smacznie spał, otworzył jedno oko po takim oświadczeniu.

W głębi duszy Julia tęskniła za Adamem, ale nie chciała się do tego przyznać. Paraliżował ją strach. Bała się zaryzykować i poświęcić wszystko dla miłości. Tutaj w Polsce miała pracę, którą bardzo lubiła, do tego piękne mieszkanie, przyjaciół, rodzinę. Miała praktycznie wszystko, czego pragnęła. Niestety w życiu nie jest tak prosto. Zawsze jest coś, co potrzebuje uleczenia i naprawienia. W duszy Julii kotłowały się uczucia, do których nawet sama przed sobą nie chciała się przyznać.

Gdy wróciła z łazienki spojrzała przez okno. Zza chmur zaczęło się wychylać słońce. Uśmiechnęła się z satysfakcją na taki obrót pogody.

—Idealnie się ułożyło się słońce względem chmur! — powiedziała pocieszona tym, że przynajmniej plany wyjazdowe się powiodą i będzie mogła stanąć na Kozim Wierchu.

W międzyczasie sięgnęła ręką po medalik, zawieszony na szyi. W złotym serduszku, które otworzyła znajdowała się fotografia, na której Julia pozowała ze swoją siostrą – Weroniką.

Były podobne do siebie, jak dwie krople wody. Podobieństwo fizyczne porażało, natomiast przeciwieństwa charakterów były nie do ogarnięcia dla osób, które znały te piękne siostry.

Weronika przyszła na świat dwie minuty później i była zdecydowanie roztropniejsza od swojej starszej siostry. Julia była taka, jak pragnienie wspinania się w góry. Im wyżej, tym lepiej. Im bardziej niebezpiecznie tym, ciekawiej. Miała w sobie zarówno dużo odwagi, ale też wiele strachu. Mogła pójść na najwyższe wysokości i przestrzenie fizyczne, ale obawiała się niedużego wzniesienia duchowego.

— Kocham cię siostrzyczko — wyszeptała, spoglądając na podobizny.

— Zapomnę o nim, zapomnę z czasem — pocieszała się.

— Nie był wart mojej miłości, skoro wybrała karierę — tłumaczyła sobie.

Zamknęła medalik i schowała go pod bluzkę. Spakowała resztę rzeczy do plecaka i zeszła na dół do stołówki.

Mężczyzna, którego obudziła rozmowa Julii z samą sobą, przyglądał się jej z zaciekawieniem. Julia natomiast, nie zwróciła na niego uwagi, ponieważ była zbyt zajęta swoimi myślami.

 

 

— Myślisz, że ten układ pomieszczeń będzie funkcjonalny? — zapytał Andrzej, spoglądając na mapę. Przeprowadzał właśnie spotkanie dotyczące nowej inwestycji.

Idealnie skrojony, ciemnogranatowy garnitur doskonale komponował się z koszulą w gołąbkowym kolorze i bordowym krawatem. Wypielęgnowana ciemna broda i bujna czupryna starannie zaczesana do góry sprawiała, że ten trzydziestokilkulatek wyglądał zniewalająco. Jego błyszczące spojrzenie, rzucane w stronę Pauliny, piekielnie zdolnej pani architekt, nie pozostawiało jej w obojętnym stosunku, do swojego zleceniodawcy.

— Trzy pokoje, łazienka i pralnia to doskonałe zagospodarowanie pierwszego piętra — stwierdziła z pewnością w głosie. Jej czerwony żakiet odsłaniał znacznie głęboki i obfity dekolt. Na szyi połyskiwał złoty łańcuszek. Niebiskie dżinsy opinały długie nogi, które w tym momencie były ze sobą splecione niczym warkocz. Twarz Pauliny wyrażała skupienie, zielone oczy schowane za czarnymi oprawkami okularów, wyrażały stanowczość i pewność siebie. Czerwony kolor szminki dobrała na dzisiejsze spotkanie nieprzypadkowo. Jedynie równo przycięte, blond włosy ugrzeczniały jej drapieżny wizerunek.

— Po co pralnia? Nie lepiej powiększyć ten pokój? — zapytał i nachylił się tuż nad Pauliną, wskazując palcem na mapie pomieszczenie. Kobieta przymknęła na ułamek sekundy powieki, gdy zapach mocno żywicznych perfum Andrzeja dotarł do jej nozdrzy.

— Pytanie jest zasadnicze takie Andrzej: do kogo jest skierowana oferta? — zapytała, ściągając swoje okulary. Położyła je na białym blacie stołu. Znajdowali się w jasnym i widnym gabinecie na jednym z wyższych pięter przeszklonego wieżowca.

— Do rodzin — odpowiedział.

— Skoro do rodzin, to zdajesz sobie sprawę, że o zakupie decyduje kobieta? — zagadnęła Paulina.

— No tak… — przyznał.

— Musi być pralnia. Ja sama przy trójce dzieci mam miejsce, w którym mogę składować góry ubrań. Pralnia to atut dla domu, nawet kosztem mniejszych dziecięcych pokoi. Przynajmniej nie będzie tyle sprzątania — oceniła.

— Masz rację — powiedział, siadając naprzeciwko niej przy stole.

Na jego serdecznym palcu połyskiwała złota obrączka, podobnie zresztą, jak u Pauliny.

Patrzyli na siebie nie, jak współpracownicy. W ich spojrzeniach mieszkała ciekawość, intryga, tęsknota i fascynacja sobą nawzajem. Pracowali już ze sobą kilka miesięcy i z każdym kolejnym napięcie się zwiększało.

— Może zjemy dzisiaj razem obiad? — zaproponował Andrzej.

— Dziękuję, chętnie, ale muszę odebrać chłopców ze szkoły, może innym razem   — zasugerowała.

— Dobrze, to opowiedziałbym ci o tej nowej działce, którą kupiliśmy pod lasem. Tam jest ogromny potencjał. Miejsce urocze, cisza, spokój. Potrzebuję świeżego spojrzenia, ładnej formy. Może każdy dom zaprojektować inaczej. Nie na jedno kopyto — opowiadał.

— W sumie ciekawy pomysł, ale to zwiększy koszty inwestycji — odparła, podnosząc się z krzesła.

— Tak i ceny domów również. Za jakość się płaci — dodał, podchodząc do Pauliny. Chciał się z nią pożegnać.

— To prawda, jakość nigdy nie jest dziełem przypadku — stwierdziła, zakładając okulary.

— Wszystko w życiu musi smakować, począwszy od kawy — zaczął myśl.

— Skończywszy na widoku gotowej bryły budynku wkomponowanej w plan zagospodarowania przestrzennego — Paulina dokończyła.

— Czasami mama wrażenie, że czytasz w moich myślach — oznajmił.

— Bo czytam — zachichotała zalotnie.

Patrzyła na niego i widziała to, czego pragnęła w mężczyźnie. Klasa, styl, luksus, piękno, pasja i pieniądze. Wszystko to okraszone zapachem ekskluzywnych perfum. Tylko jeden złoty drobiazg na palcu Andrzeja bronił do niego dostępu, a może nawet był wabikiem, bo przecież to, co niedostępne jest pociągające.

— To, co piękne jest dzikie i wolne — wtrącił mężczyzna.

— Słyszałam to już gdzieś — przypomniała sobie Paulina.

— Jeżeli znajdziesz czas w przyszłym tygodniu, to pojedziemy pooglądać tę nową działką przy Lasku Wolskim — zaproponował.

— Z chęcią, tylko w godzinach rannych. Wtedy dysponuję czasem i spokojem — wyjaśniła.

— Dobrze, zadzwonię po weekendzie — odparł.

— Do widzenia — Paulina powiedziała aksamitnie miękkim głosem. Podała Adamowi rękę na pożegnanie. On odwdzięczył się nie tylko ciepłym uściskiem, ale też czułym pocałunkiem, który pozostawił na jej policzku. Niby koleżeński gest, ale podbarwiony znacznym spoufaleniem, które w ich relacji nie powinno mieć miejsca.

Paulina kołysząc biodrami wyszła z gabinetu. W tym samym momencie błysnęło mocniej słońce, które wyłoniło się zza pierzastej chmury. Pierwszy dzień wiosny przywitał bardzo optymistycznie Adama. Karmił się jeszcze teraz uwagą i energią Pauliny. Uwielbiał być w centrum, schlebiały mu komplementy, otaczał się tylko luksusem i bogactwem. Wtedy czuł, że żyje. Z tych refleksji wyrwał go dźwięk wiadomości tekstowej.

„I tym razem się nie udało. Jestem załamana.” – przeczytał.

— Matko Boska, kiedy ona przestanie marudzić! — zezłościł się. Cisnął telefonem na swój skórzany, ciemnobrązowy, obrotowy fotel.

Podszedł do barku, który znajdował się w gabinecie i nalał sobie do kryształowej szklanki porcję szlachetnie wyleżakowanej whiskey. Alkohol ma to do siebie, że szybko łączy się z krwią. Nieważne, czy to jest luksusowy trunek, czy tanie wino za nieznaczną sumę pieniędzy. Pomaga on przestać czuć, a Adam nie chciał dopuścić teraz do siebie uczuć, które wywołała wiadomość od żony. Kilka łyków zdecydowanie pomogło. Poczuł, że ciało się rozluźnia. Zniknęło napięcie. Ściągnął marynarkę, krawat, a rękawy koszuli podwinął. Pochylił się nad stołem, gdzie leżał rozłożony projekt segmentu, który był składową szeregu domów bliźniaczych. Adam między kolejnymi centymetrami papieru, który przedstawiał mapę, przypominał sobie głęboki dekolt Pauliny. Wysokie, czerwone szpilki, które miała na sobie podziałały skutecznie na jego męską wyobraźnię. Nie miał ochoty wracać do domu i wysłuchiwać kolejnych zmartwień, jakimi karmiła się jego żona.

 

 

Weronika siedziała w łazience. Miała podkulone nogi. Nie umiała znaleźć dla siebie żadnego pocieszenia. Cicha, klasyczna muzyka płynęła z głośników w jej sypialni. Krople łez spadały w rytm uderzanych przez palce wirtuoza klawiszy fortepianu. Bukiet białych róż, który stał w łazience wyłożonej włoskim marmurem, ozdabiał tę smutną scenę. Weronika była piękna, jak kwiaty, które sama wstawiła dzisiejszego poranka do wazonu i równie smutna. Na desce ubikacji leżał prostokątny kawałek plastiku. W okienku tego przedmiotu widniała tylko jedna, czerwona kreska. Cały żal kobiety pojawił się o brak drugiej linii. Starała się z mężem o dziecko od ponad trzech lat. Niestety z jakichś przyczyn nie mogła zajść w ciążę. Myśli o macierzyństwie stały się jej obsesją. Tak bardzo się na nich skupiała, że zapomniała o tym, że w tle żyje życie. Nie umiała się nim w ogóle cieszyć. Dni spędzała na wizytach u lekarzy, jeździła po klinikach i ośrodkach, które miały pomóc w spełnieniu jej marzenia.

— Boże mój, jaka ja jestem nieszczęśliwa! Dlaczego ty mnie tak każesz? Za jakie grzechy? Przecież tylko pragnę dzieciątka, to normalne w moim wieku! — żaliła się.

Miała długie, brązowe, proste włosy, które okalały drobną twarz. Idealnie wykrojone przez matkę natura usta o bladoróżowym zabarwieniu naturalnie komponowały się z dużymi, błękitno-zielonymi oczami. Teraz jej oczy napełnione były łzami. Trzymała w szczupłych palcach chusteczkę do nosa. Starannie wypielęgnowane, długie paznokcie pomalowane miała na czarny kolor. Ubrana była też na czarno, może nawet podświadomość skłoniła ją do wyboru takiego koloru. Getry opinały się na szczupłych nogach, a koszula w czarno-białą kratę spływała luźno po ramionach, rękach i obfitych piersiach.

Znajdowała się teraz zupełnie sama w ogromnie wielkim domu, umiejscowionym tuż pod lasem. Bliskość natury, piękne widoki, obfitość dóbr materialnych, jakie zgromadzone były w tej lokalizacji w żaden sposób nie mogły zrekompensować uczucia zawodu i zmartwienia, którymi teraz pogrążona była dusza Weroniki.

— Muszę odpuścić, muszę w końcu odpuścić, ale nie potarfię. Nie umiem — mówiła, wrzucają test ciążowy do kosza na śmieci.

Otarła zapłakane oczy. Spojrzała w swoje lustrzane odbicie.

— A jak nigdy nie będę mogła mieć dzieci? — zapytała.

Przerażenie, które momentalnie wymalowało się na jej twarzy, praktycznie sparaliżowało jej ciało. Zaczęła głęboko oddychać.

— Oddychać, oddychać teraz muszę. Uwolnij duszę, uwolnij swój oddech, na raz wydycham stres na dwa wdycham spokój — powtarzała w pośpiechu. Udała się biegiem do sypialni. Odszukała w komodzie płytę w fioletowym opakowaniu. Wyłączyła klasyczną muzykę fortepianową , a w zamian z głośników popłynął kobiecy głos.

Weronika położyła się na obszernym łóżku. Sypialnia skąpana była w kremowej bieli ścian, mebli, i dodatków. Kontrastowała z tym kolorem jasnobrązowa barwa podłgoi. Drewno emanowało ciepłem i elegancją, podobnie jak ramy szerokiego okna balkonowego w tym samym odcieniu, co parkiet. Przez uchylone okna wiosenny wiatr sam się wpraszał do pomieszczenia. Targał długimi, gładkimi firankami.

„ Jesteś cząstką wszechświata. Wieczną i nieskończoną. Niech twoje ciało wypełni teraz spokój, miłość, radość, szczęście i błogostan. W tej chwili skup się na swoim oddechu.”

Weronika słuchała słów wypowiadanych przez kobiecy, spokojny głos, ale w żaden sposób nie mogła zaznać ukojenia. Jej myśli błądziły wokół braku. Nie miała dziecka, a chciała. Tak bardzo go pragnęła, że to stało się uciążliwą obsesją. Czuła się winna z tego powodu. Zarzucała sobie, że z nią jest coś nie tak. Nie pomagały wyniki badań i testów, które wskazywały, iż mogą być z Andrzejem rodzicami. Byli okazami zdrowia. Jakaś jednak niezidentyfikowana przyczyna nie pozwalała Weronice zajść w ciążę.

„ Jak ci Bóg nie chce dać dziecka, to nie sprzeciwiaj się, bo ci może dać chore albo kalekie.” – grzmiał w głowie babciny głos. Wibrował on silniej w uszach Weroniki, niż dźwięki z płyty relaksacyjnej. Jej babcia była zwolenniczką akceptacji wszystkich zrządzeń losu, jakie spotykały człowieka.

— Zwariuję chyba!!! — zawołała na głos, zaciskając ze złości zęby. Wstała z łóżka i podeszła wyłączyć płytę.

— Pobiegam teraz albo pojadę na basen. Muszę czymś zająć głowę, koniecznie! Szybko, szybko, żeby tylko zagłuszyć te wstrętne myśli! — objaśniała.

Z tych rozważań wyrwał ją dźwięk dzwonka do drzwi.

— A kogóż to niesie o tej porze? — zastanowiła się. Była godzina trzynasta.

 

 

 

— Pięć, czternaście, osiemnaście, a i jeden. Tak, jedynka to moja szczęśliwa liczba. Do tego czterdzieści trzy i dwadzieścia pięć. Albo nie. Dwadzieścia sześć skreślamy — Wojtek rozmawiał sam ze sobą. Stał w kiosku ruchu w jednym z centrów handlowych. Nieopodal patrzył na stender z wywieszoną liczbą, która miała sześć zer.

— Trzydzieści pięć milionów odmieniłoby moje życie. To byłby strzał! Może tym razem się uda — zapragnął Wojtek. Był średniego wzrostu, dosyć szczupłym szatynem. Miał niebieskie, zasmucone oczy. Odrobinę naiwne.

— Pani Kasiu, tym razem wygram. To będzie, inaczej, to jest najszczęśliwszy dzień w moim życiu — powiedział z przekonaniem do kasjerki, która kojarzyła stałego klienta.

— Panie Wojtku, życzę tego panu — kobieta odparła z uśmiechem.

— Wszystkie moje problemy by się rozwiązały. Pospłacałbym długi, kupiłbym nowy samochód. Wreszcie żyłbym, jak człowiek — opowiadał.

— Ale teraz pan nie żyje, jak człowiek? — pani Kasia zagadnęła.

— Nie, teraz żyję, jak niewolnik. Od roboty, do roboty. Nie mam czasu praktycznie na nic. Tylko na charówkę , a i tak nic z tego nie mam. Jedyna moja nadzieja w tym, że wygram na loterii — obwieścił.

— Ale tak czekać całe życie na wygraną? To przecież życie ucieknie w tym czasie — ekspedientka stwierdziła, podając konkursowy kupon.

— Tylko w tym nadzieja — Wojtek westchnął i schował kupon do plecaka.

— A pani niech też puści los, szkoda czasu marnować w pracy dla kogoś, lepiej na swoim pracować — zasugerował Wojtek.

— Kiedy ja lubię swoją pracę — odparła pani Kasia.

— A to rzadko spotykane jest. Zazwyczaj ludzie nie lubią swojej pracy. Zresztą życie to nie zawsze ma sens. Moje to takie bez sensu. Zastanawiam się, po co ja żyję w ogóle? — powiedział.

— Więcej optymizmu panie Wojtku — dodała z troską sprzedawczyni.

— Aj… już mi nawet optymizm nie pomoże. Życie jest smutne. Będzie wesołe, jak wygram. Dziękuję i do widzenia — pożegnał się i udał się prosto korytarzem do wyjścia z centrum handlowego. Pokonał kilkadziesiąt metrów parkingu i dotarł do swojego samochodu. Na zewnątrz było dosyć chłodno przez wiatr, który wiał bardzo silny jeszcze o tej porze roku. Rozpoczynała się wiosna, ale zima nie odeszła na dobre.

Wojtek otworzył drzwi leciwego pojazdu. Wokoło błotników i przy drzwiach samochód był nadjedzony zębem czasu i rdzą. Mężczyzna wyciągnął z plecaka dwie, białe tabletki i popił je niegazowaną wodą mineralną. Były to lekarstwa. Wracał z porannej zmiany w fabryce opon do mieszkania. Miał się przespać kilka godzin, a potem jechał na nocną zmianę stróżować w muzeum. Pracował tak już długi czas. Odkąd pamiętał zresztą to pracował. Teraz miał trzydzieści lat i liczył na to, że jego los odmieni się za pomocą kilku liczb skreślonych w loterii. W sumie to już tak liczył od dawna. Odpalił starego fiata uno i pojechał w kierunku Nowej Huty. Mieszkał przy Placu Centralnym. W porobotniczych blokach zajmował mieszkanie po rodzicach. Niestety lokal był zadłużony, a Wojtek dwoił się i troił, żeby pospłacać długi. Nie spodziewał się, co wydarzy się tego wieczora.

 

 

Weronika zbiegła po drewnianych, połyskujących schodach. Trzymała się przy tym barierki w kolorze starego złota. W przestronnym holu wisiał kryształowy żyrandol. Dom był majestatyczny i bardzo duży. Skalni mieszkali w nim zupełnie sami. Urządzili go w najlepszym stylu i guście, używając przy tym najwyższej jakości materiałów. Klasyczne beże, biel, naturalny kamień i drewno wszelkiego gatunku wiodły prym w tym budynku.

— Słucham — kobieta powiedziała do nieznajomego mężczyzny, który stał na schodach i rozglądał się dookoła.

— Dzień dobry pięknej pani — mężczyzna odparł z wesołością.

— Dzień dobry — Weronika odpowiedziała z dystanesm.

— Cóż chcieć więcej? Wiosna idzie, piękna kobieta mi otwiera drzwi. Może jeszcze kawę by się przydało wypić w miłym towarzystwie — zasugerował mężczyzna w średnim wieku.

— A co pana do nas sprowadza? — zaciekawiła się

— Miło mi, Stanisław Lipski, jestem umówiony na trzynastą trzydzieści z panem domu. Mamy kilka interesów do obgadania — tłumaczył, podając rękę na powitanie, zresztą bardzo szarmanckie powitanie, ponieważ Stanisław nie omieszkał ucałować dłoni gospodyni. Był wysokim, postawnym mężczyzną. Miał trójkątną twarz i duże, niebieskie śmiejące się oczy. Jego ciemne włosy mocno były przyprószone siwizną. Biała koszula i beżowa marynarka połączona z ciemnogranatowymi dżinsami odejmowały mu sporo lat. Krazyło w jego ciele dużo energii, ale jego ruchy były niezmiernie subtelne.

— Męża jeszcze nie ma, poza tym nic mi nie mówił, że spodziewa się dzisiaj gościa — objaśniała Weronika.

— Jestem odrobinę wcześniej, ale jeśli pani pozwoli, to poczekam na pana Adama w samochodzie — stwierdził Stanisław.

— Zapraszam pana na kawę. Będzie mi miło, jak mi pan potowarzyszy. Ja dzsiaj widzę wokół siebie same zmartwienia. Może pana humor mi się udzieli — Weronika stwierdziła.

— Oj… a czym tu się martwić? Stanisław rozglądnął się dookoła. Niezmiernie okazała posiadłość była otoczona lasem. Podkrakowska wieś, w której mieszkali Skalni stanowiła oazę spokoju i intymności, a także blichtru. W sąsiedztwie było sporo podobnych wielkością domostw. Mieli wszystko, czego dusza zapragnie, ale Weronice coś w jej duszy jednak nie grało. Nie zawsze to, co widzimy jest prawdą.

— Szczęście zależy od punktu siedzenia — stwierdziła i zaprosiła gestem ręki do środka.

Stanisław przekroczył próg domu. Uderzył go rozmach przestrzeni wnętrza. Majestatycznie duże schody robiły wrażenie. Weronika skierowała się na prawo i zaprowadziła gościa do salonu. Wszystko było skąpane w bieli, podobnie, jak w sypialni.

— Surowa ta biel, przydałoby się trochę kolorów — Stanisław wtrącił.

— Lubię biel — przyznała Weronika ze smutkiem.

— Proszę panią. Trzeba sobie nieco samopoczucie poprawić. Może jakiś masaż, wypad za miasto z mężem albo najpierw to bym proponował małą lampeczkę wina — mężczyzna opowiadał z zapałem.

Weronika popatrzyła na niego z zainteresowaniem. Nie spotkała już dawno człowieka, od którego płynęłaby tak pozytywna energia.

— Próbowałam, nie pomaga — oświadczyła.

— To trzeba próbować do skutku — Stanisław zachęcał.

— A pan się ze mną napije? — zapytała Weronika.

— Hmm… bardzo chętnie, ale prowadzę, więc niestety nie mogę, natomiast z chęcią potowarzyszę. Zawsze to sympatycznie jest porozmawiać, pośmiać się, pogadać mądrze i głupio — wyliczał.

Kobieta zniknęła na moment w kuchni i uruchomiła ekspres do kawy. Przygotowała też tacę na filiżanki.

 

Julia wspinała się w górę. Po sycącym śniadaniu miała dużo energii i ochoty na wyprawę.   Pogoda się poprawiła i słońce błysnęło blaskiem i żółtym kolorem, choć dookoła leżało sporo śniegu.

— Od dawna kochasz się w górach? — zapytał Szymon.

— Odkąd pamiętam — odpowiedziała Julia..

To właśnie Szymon był turystą, którego obudziły monologi Julii. Zbiegiem okoliczności też wybierał się w tym samym kierunku, co Julia.

— Cieszę się, że z tobą idę. Sam chyba bym się w tych górach pogubił — orzekł.

Obydwoje byli nieco zasapani. Znajdowali się teraz za tarasami Zamarłej Turni. Kierowali się   z zapałem do przodu.

— Zaraz dotrzemy do najbardziej emocjonującego odcinka trasy — obwieściła Julia.

Jej głos był niezwykle zadziorny. Kotłowała się w niej jeszcze złość na Adama. Tęskniła, nie chciała się do tego przyznać.

— A co to za odcinek? — zagadnął z ciekawością mężczyzna. Spoglądał na współtowarzyszkę wyprawy odrobinę zaintrygowany. Spodobała mu się, zanim ją jeszcze zdążył rano zobaczyć.

— Będziemy wychodzić po drabinie metalowej w górę. Dosłownie po krawędzi ściany w górę. Trzeba być bardzo ostrożnym. Ja się boję o ciebie. W ogóle nie powinieneś iść w takie wysokie góry, jak do tej pory odwiedziłeś tylko Nosal — oceniła.

— Bez przesady, dam radę, a jak nie, to przynajmniej umrę w pięknym miejscu — zażartował.

— Hej, nigdy nie igraj z losem — zatrzymała się, odwróciła się i pogroziła palcem.

— Góry to żywioł. A człowiek z żywiołem nie ma szans — dodała.

Spojrzała w oczy Szymona i dostrzegła w nich łagodność i strach. Tylko ten strach był schowany na dnie jego serca. Miał brązowe, blisko siebie osadzone oczy, prosty nos, gęste brwi i rzęsy. Łagodne rysy twarzy, które wyrzeźbiły uczucia, goszczące w jego sercu. Nosił kilkudniowy zarost. Był wyższy od Julii. Ona po krótkim czasie zdała sobie sprawę, że patrzy na niego i nic nie mówi. Zmieszała się odrobinę. Odwróciła się z powrotem i ruszyła dalej.

— Chodźmy, szkoda czasu — zaordynowała.

— Czemu jesteś tutaj sama? — zagadnął. Był bardzo rozmowny i ciekawski.

— Nie jestem, idziemy razem — odpowiedziała.

— No tak, ale chodziło mi o to, co taka piękna kobieta robi w górach bez swojego mężczyny? — zapytał śmiało.

— O teraz będzie najbardziej emocjonująco! — powiedziała, gdy stanęli przed metalową drabinką. —Gdy wyjdziemy do samej góry drabiny, ostatni krok musisz postawić daleko w lewo. Patrz cały czas na mnie — tłumaczyła.

— Jak mi odpowiesz, co ty tutaj robisz sam, ja ci odpowiem na twoje pytanie — wtrąciła i ruszyła do góry. Szymon zaraz za nią.

— Ja muszę się zdecydować, którą drogą mam podążać w życiu — odparł.

— Ostrożnie, trzymaj się mocno. Matko Boska, po co ja ciebie zabrałam! Chyba na kłopot — stwierdziła.

— Spokojnie, przecież idę — powiedział.

— Tak, ale czuję się teraz odpowiedzialna za amatora, jakim jesteś. Powinieneś tutaj przyjść w lecie — oceniła.

— Dam radę, jestem mężczyzną! — obruszył się.

— Męskie ego. Wiecie najlepiej. Tylko kariery wam w głowie! — zezłościła się.

— Coś cię użądliło chyba — zasugerował.

— Tak, taki bąk jeden, szerszeń, komar, eh…. — wypowiadając te słowa, myślała o Adamie.

— W złe miejsce użądlił ten bąk, hehe — Szymon zaczął się śmiać.

— Męski szowinisto, teraz trzymaj się łańcucha i najlepiej zamilcz. Skup się na tym, żebyśmy wyszli do góry — instruowała.

Pod nimi kolejna osoba stanęła przed wejściem na drabinkę.

— Pani alpinistko, a daleko jeszcze? — zapytał Szymon. Zrobił to specjalnie. Chciał się trochę podroczyć z Julią.

— Kozia Przełęcz, Pusta Dolinka, Kozie Czuby i Kozi Wierch — zaczęła wyliczać.

— Nic mi to nie mówi — przyznał Szymon.

— To chodź za mną i módlmy się, żebyśmy wrócili szczęśliwe — oceniła.

 

 

W jednej z kamienic przy ulicy Karmelickiej na pierwszym piętrze mieszkała Marta. Okna jej kuchni wychodziły na torowisko. Była przyzwyczajona już do drgań, jakie emituje przejeżdżający tramwaj. Kobieta rozmawiała przez telefon i energicznie gestykulowała rękami. Była średniego wzrostu, włosy ozdobione jasnymi pasemkami miała spięte klamrą w luźnego koka. W ręce trzymała papierosa. Miała trochę zmarszczek na czole, ponieważ w złości często nie pozwalała, aby jej mięśnie się rozluźniły.

— Ja kurwa nie wytrzymam Gabrysiu. Jak te urzędy mnie denerwują! To się w głowie nie mieści. Przecież to nie do pomyślenia, żeby tyle czasu czekać na projekt budowlany. Jakbym załapała tą babę z urzędu na osobności, to bym jej powiedziała, co niej myślę! Głupia pinda! Tyle czasu dzisiaj straciłam i nic nie załatwiłam. Jeszcze te cholerne, pierdolone korki na mieście. Wychodzę z siebie i staję obok. Dosyć, dosyć mam wszystkiego. Jak Marek wróci z roboty, to też mu się dostanie. Oczywiście ani palcem nie ruszy. Zostawię go! Tak zrobię. Niech sobie żyje sam ze sobą i niech taką drugą naiwną znajdzie, która mu będzie prała, sprzątała i gotowała. A on fruwa po świecie! Gabrysiu chyba melisy muszę wypić, bo przecież ten świat mnie zabije! Jestem taka zezłoszczona, że kurwa mać! Mam ochotę kląć i to ciężko — żaliła się koleżance.

— Są takie dni, co zrobisz. Odpuść po prostu — Gabriela radziła.

— Nigdy. Ja nie umiem odpuszczać. Każdy dostanie to, na co zasłużył. Mówię ci, co za paskudna baba. Tak mnie z równowagi wyprowadziła. Jeszcze te sztuczne pazurska poprzyklejane, wypindrzona, jak te z Placu Matejki, a w głowie pstro. Nie umie prostego pisma sformułować. Bo ona jest na prawie kurwa, rozumiesz to? Zakichana pani urzędniczka! Niech to szlag jasny zaleje, pieron z nieba strzeli i rozpindrzy te wszystkie zasrane, zakichane urzędy papierologiczne! Człowiekowi żyć nie dadzą i domu wybudować ie pozwolą, bo brakuje numeru z księgi wieczystej, a najlepsze jest to, że go nie ma i urząd inny go musi dopiero wyprodukowac do działki. Mam już dość mieszkania w tej kamienicy. Marzę o lesie, spokoju i ciszy. W nowym domu na pewno moje nerwy się wyciszą — oceniła.

Do kuchni weszła młoda dziewczyna, nastolatka. Miała długie, rozpuszczone włosy. Twarz pogodną, a oczy śmiejące się. Otworzyła lodówkę i wyciągnęła z niej jogurt.

— Tak Gabrysiu, musimy się koniecznie spotkać i porozmawiać. Dobrze zdzwonimy się w następnym tygodniu. Pomódl się za mnie, żebym do tego czasu nie ocipiała! — poprosiła bez ogródek i zakończyła rozmowę.

— Odrobiłaś lekcje? — zapytała córkę.

— Tak, mamo, odrobiłam. Idę do Karoliny, wrócę wieczorem — dziewczyna odpowiedziała. Nie była w ogóle podobna do Marty, tylko do Marka, swojego ojca.

łagodne usposobienie też odziedziczyła po nim.

— Ta Karolina mi się nie podoba. Jest jakaś dziwna. Nie patrzy ludziom w oczy! I jej mama też! — oceniła Marta.

— Normalna dziewczyna, a jej mama jest bardzo skromna i nieśmiała, może dlatego — wtrąciła Natalia.

— Nie, ona coś ukrywa — zawyrokowała Marta z pewnością jasnowidza.

— Mamo, daj ludziom żyć i pij więcej tej melisy — zasugerowała córka.

— Co ty mówisz?! Nie odzywaj się w ten sposób do matki! Nie tak cię wychowałam! — Marta zbuntowała się.

— A jak ty mówisz do innych? — zagadnęła Natalka.

— No, jak mówię? Normalnie mówię, po polsku i szczerze! To moja najsilniejsza cecha osobowości. Szczerość! — stwierdziła.

— Chyba ordynarność — cicho wtrąciła Natalka.

— Przestań pyskować do mnie. Powiem ojcu, jak wróci o twoim zachowaniu — zezłościła się Marta.

— Mamo, uspokój się. Ja wychodzę do Karoliny, wrócę wieczorem — powtórzyła Natalka i wyszła z kuchni.

— Ten stoicki spokój masz po tatusiu. To jest najbardziej irytujące na świecie!!! Boże mój pomóż mi, bo nie wytrzymam. Uwzięli się na mnie wszyscy! No wszyscy dosłownie. Jeszcze w niedzielę przyjedzie ta koprucha i będzie mnie denerwować. Niech się zabierze Maruś z mamusią i niech mnie zostawi. Tak będzie najlepiej. Po co mi mąż, którego wiecznie nie ma w domu? — grzmiała w kuchni, zapalając następnego papierosa. Z korytarza usłyszała tylko, jak córka zamyka drzwi.

— Mam to głęboko wszystko w nosie i w dupie, a co tam — powiedziała i poszła do łazienki, żeby wstawić pranie. Czekała na męża, który miał dzisiaj wrócić z ważnej delegacji. Nie miała do niego jednak pozytywnych uczuć ani też nastawienia. Generalnie była bardzo zagniewana, sama na razie jednak nie wiedziała, na kogo.

 

 

— Wróciłem — Andrzej zawołał, gdy wszedł do domu. Jednak jego głos zagłuszały śmiechy dochodzące z salonu. Mężczyzna zostawił płaszcz i udał się w kierunku dźwięków prowadzonej rozmowy.

— O! Jest i pan domu! Witam serdecznie — Stanisław wstał, żeby przywitać się z Andrzejem.

— Dzień dobry panie Stanisławie — mężczyzna skinął głową, podając dłoń. W tym samym czasie zmierzył wzrokiem Weronikę i zwrócił uwagę na otworzone wino, które stało na stoliku. Już dawno nie widział jej tak uśmiechniętej. Miał mieszane uczucia patrząc na tę scenę.

— Mam pan cudowną i czarującą małżonkę — zachwalał pan Stanisław.

— Tak, wiem, dziękuję — przyznał Andrzej z dystansem.

— Zapraszam do mojego gabinetu. Porozmawiamy o interesach — dodał, wskazując gestem ręki w kierunku, w jakim mieli się udać.

— Miło mi było cię poznać Weroniko! — Stanisław wymienił uprzejmości z żoną Andrzeja.

— Mnie również Staszku. zapraszam do nas. Wkrótce sezon grillowy rozpoczniemy, to będzie okazja — odparła kobieta.

— Z wielką ochotą! — przyznał gość, po czym mężczyźni odeszli do gabinetu.

Weronika została sama w salonie. Spojrzała przez okno tarasowe, za którym kołysały się wysokie drzewa w lesie. Przypomniał się jej wynik dzisiejszego testu ciążowego i powróciło uczucie zawodu. Ta myśl wywoływała ból w sercu. Podczas rozmowy ze Stanisławem zapomniała o problemie. Z zaciekawieniem wysłuchiwała jego opowieści o dalekich podróżach i przygodach, które go w życiu spotkały. Opowiadał bardzo ciekawie, miała ochotę go słuchać. Podejrzewała, że nawet, gdyby relacjonował proces mycia podłogi na szkolnej świetlicy, to znalazłby wielu zainteresowanych taką historią przedstawiona z jego perspektywy. Miał w sobie coś dobrego. Weronika zwierzyła mu się ze swojego zmartwienia, a ona raczej do zwierzeń obcym skłonna nie była.

Postanowiła wrócić na górę do sypialni i dokończyć słuchanie płyty relaksacyjnej.

 

— Piękny widok — ocenił Szymon, patrząc na panoramę Tatr, która się przed nim roztaczała.

— Tak, dla tego widoku, warto pokonać każdy krok wspinaczki — przyznała Julia.

— A powiesz mi, dlaczego tutaj jesteś sama? — wrócił do pytania sprzed kilku godzin. Siedzieli na szczycie Koziego Wierchu. Znaleźli się na nim w jakimś celu, choć dzisiaj rano, żadne z nich nie podejrzewało, że tak się może wydarzyć.

— Rozstałam się z chłopakiem. Dlatego — odpowiedziała krótko.

— Szkoda, ale może to i dobrze. Widzisz, chyba w życiu nic nie dzieje się bez przyczyny — stwierdził, przyglądając się jej bladoróżowym ustom. Policzki miała zaczerwienione od zimna. Była śliczna. Bardzo mu się spodobała. Szymon lubił flirtować, kochał piękne kobiety, ale nie umiał się ustatkować. Jego niepokorna dusza pchała go w kierunku pasji, którą było aktorstwo.

— Mi ojciec powiedział, że moja praca jest bez sensu. Nie upatruje szans na życie i na robienie kariery w teatrze. Mówi, że tam pracują darmozjady. To człowiek mocno stąpający po ziemi, a ja bujam w chmurach. Nigdy nie miałem weny do liczenia na matematyce. Wolałem wiersze czytać — zaczął opowiadać. Julia słuchała z zaintrygowaniem.

— Chce, żebym przejął rodzinny biznes. Pośrednictwo kredytowe, hehe, na samą myśl widzę przed oczami moją panią od matematyki, która mi kazała rozwiązywać zadania tekstowe. Brrr.. — wzdrygnął się na taką wizję.

Julia uśmiechnęła się. Pierwszy raz od rana złagodniała.

— A ty nie chcesz przejąć biznesu — powiedziała.

— No raczej — potwierdził.

— To nie moja bajka. A na razie w teatrze stawiam pierwsze kroki po studiach. Muszę sobie wyrobić nazwisko. Jak to mówią, wszędzie trzeba zapłacić frycowe. Ojciec mi powiedział, że jak nie przejmę interesu, to mam się sam utrzymywać i wyprowadzić z domu. Jeszcze zakpił, że mi na bułki braknie z grania w sztukach Poniekąd ma rację — dodał Szymon.

— To, z czego żyjesz? — zapytała.

— Trochę z grania, a trochę z nauczania — odparł.

— A czego uczysz? — zaciekawiła się.

— Angielskiego. Mam, można tak powiedzieć talent do języków, do francuskiego też … — wytłumaczył.

— A na jakim poziomie? — zastanawiała się.

— Hmmm… no wiesz, mogłabyś sama ocenić — zasugerował, puszczając do niej oko.

— Eh… szowinista jesteś! — zagrzmiała nad nim. Naprawdę myślała, że chodzi o udzielanie korepetycji z języka francuskiego.

— Jak się złościsz, to jesteś śliczna. Gdzie się zatrzymałaś w Zakopanem i na jak długo? Może przeniosę się do ciebie i pozwiedzamy razem góry. A kto wie, może z wiosną się coś między nami urodzi? A jak nie, to przynajmniej będziemy mieć miłe wspomnienia — zaproponował.

— Prędki jesteś — skwitowała.

— Szkoda życia na konwenanse. Za krótkie jest, a poza tym, mówię prawdę — powiedział, ściszając głos.

— Dobrze Romeo, pora wracać na dół, przed szesnastą musimy zejść. Pogoda się psuje — oceniła, spoglądając na kłębiące się chmury.

— Jasne — zgodził się.

— Strasznie szybko pociemniało, niedobrze — zmartwiła się.

— Spokojnie, jesteśmy razem — próbował uspokoić Julię, ale ona wiedziała, co oznaczają takie chmury w górach, a bynajmniej nie zapowiadały niczego dobrego, dlatego pocieszenia niedoświadczonego w górskich wyprawach Szymona, nie dawały jej żadnej ulgi.

— Musimy zejść do Doliny Pięciu Stawów, do schroniska. Spokój i opanowanie — Julia zaordynowała.

— Co cię ciągnie w góry? — zapytał Szymon, gdy wyruszyli w drogę powrotną.

— A ciebie, co ciągnie do teatru? — odpowiedziała pytaniem na pytanie.

— Dobra jesteś w ripostach — odparł Szymon.

— Zawsze pójdę za tym, co mieszka we mnie — sformułowała na prędce refleksje.

W ciągu kilku minut nadciągnęły ciemne chmury. To było jak mgnienie oka. Julia przestraszyła się nie na żarty.

— Popatrz, jakieś świetliki — wskazał Szymon na niwielkie wyładowania atmosferyczne. Przypominały miniaturowe refleksy świetlne.

— To nie są świetliki, to ognie świętego Elma — Julia objaśniała.

— A coś oznaczają — zagadął Szymon.

— Tak, burzę. Módl się, oby nie nadeszła. Musimy zejść poniżej grzbietu i to szybko — instruowała.

Schodzili w dół, trzymając się mocno na rakach , kijkach i momentami podtrzymując się rękami. W tej chwili nie było widać górskich szczytów. Pokonali kilkadziesiąt metrów w dół i przykucnęli.

— Teraz ściągamy plecaki. Siadamy na nich. Złącz mocno stopy i kolana — wydawała rozkazy, niczym generał w wojsku.

— Odrzuć kijki — dodała jeszcze w pośpiechu. Wiatr wzmagał na sile.

Szymon nie dystkutował, tylko robił, to co, kazała Julia. Dopiero teraz poczuł powagę sytuacji.

— A teraz odsuń się ode mnie, jak najdalej i módl się. Bóg nas może tylko uratować! — powiedziała i ściskała mocno kolana.

Burza rozpętała się na dobre. Wiał silny wiatr, padał deszcz ze śniegiem. Huczało złowrogo, a echo tych grzmotów roznosiło się głośnym echem między górami i odbijało się od nich.

W jednym momencie usłyszeli potworny huk, jakby wystrzelono pociski z kilkudziesięciu armat.   Potem zobaczyli jasny, porażający błysk tuż przed sobą. Szymon zamknął oczy z przerażenia, gdy je otworzył spostrzegł, że Julia leży z odrzuconymi w tył rękami.

— Jezus Maria !!! — zawołał na całe gardło.

— Julia! Juliaaa! — rzucił się pędem w stronę dziewczyny, krzycząc ze wszystkich sił jej imię. W dalszym ciągu wiało i padało.

— Boże mój, co się stało? Żyjesz? Julia! — zapytał, podtrzymując jej głowę.

Twarz miała całą czerwoną od poparzenia. Cicho, ale mówiła.

— Dzwoń po pomoc. Sam nie zejdziesz. Ja już nie wrócę — wypowiadała z trudem.

Roztrzęsionymi rękami wyciągnął telefon z kieszeni kurtki. Zanim wyszedł ze schroniska wpisał sobie numer kontaktowy do GOPRU.

Cały drżał ze strachu. Nie spodziewał się w najgorszym koszmarze, że coś takiego się mu przydarzy.

— Cholera jasna! Wyładował się! — zaklął.

— Weź mój, mam w prawej kieszeni — Julia wyszeptała.

Usta miała wykrzywione z bólu. Co jakiś czas zamykała i otwierała oczy.

— Ściągnij mi łańcuszek. Burza odchodzi — powiedziała.

— Co mam zrobić? — dociekał.

— Na szyi mam łańcuszek — doprecyzowała.

— To on przyciągnął błyskawicę — Szymon zmiarkował się, szukając w kieszeni kurtki Julii telefonu. Szybko też zerwał łańcuszek jej szyi. Zamachnął się, żeby go wyrzucić.

— Nie, proszę — powstrzymała go.

— Oddaj go mojej siostrze — poprosiła.

— Julia, przestań. Ja już dzwonię po pomoc. Wytrzymaj dziecinko — tłumaczył.

Zaraz wybrał numer. Po kilku sygnałach usłyszał głos ratownika. Szymon plątał się w słowach. Był zdenerwowany, Julia nie była w stanie już nic powiedzieć, tylko unosiła, co jakiś czas udawało się jej otworzyć powieki. Z każdą minutą coraz rzadziej.

 

 

— Możesz mi wyjaśnić, co oznaczało to spotkanie? — Andrzej zapytał, wchodząc do sypialni, gdzie Weronika leżała na łóżku. Był poirytowany i zezłoszczony. Kobieta nie usłyszała pytania, ponieważ miała założone słuchawki i zamknięte oczy.

— Pytałem o coś — powiedział, zrywając z jej uszu kable.

— Auuu, to boli, co ty robisz? — zawołała Weronika.

— Interesuję się, dlaczego moja żona flirtuje z innymi mężczyznami?! — wykrzyczał.

— Z jakimi mężczyznami? — zdziwiła się Weronika. Usiadła zaraz na łóżku.

— A co robiłaś ze Stanisławem? Podczas mojej nieobecności piłaś sobie wino z obcym kolesiem w moim domu! Pod moim dachem! — wyliczał.

— Pod naszym dachem, to po pierwsze! A po drugie sama piłam wino, a Staszek kawę. Po trzecie daj mi spokój! Nie mam zamiaru ci się z niczego tłumaczyć, bo winni się tłumaczą! — odparła, wstając z łóżka. To nie pierwszy raz, kiedy Andrzej robił jej awantury o innych mężczyzn.

— Obchodzi cię to, że kolejny raz się nie udało? Zastanawiasz się, co czuję? Wiesz, o tym, że pragnę dziecka najbardziej na świecie? — zadawała pytania.

— Weronika przepraszam! Niepotrzebnie się uniosłem, chciałem…. — wtrącił.

— Nie przerywaj mi — zaznaczyła.

— Może to jakiś znak od niebios, że nie powinniśmy być razem. W związku najważniejsze jest zaufanie, a ty mnie nim nie darzysz! Więcej ci powiem, sam siebie nie darzysz szacunkiem — mówiła wzburzona, zakładając czerwone szpilki. Wyciągnęła z szafy granatowy płaszczyk w białe kropki. Rozpuściła ciemne włosy, które do tej pory miała związane w kucyk.

— Dokąd ty się wybierasz? — Adam zagadnął.

— Na przejażdżkę — odburknęła.

— Przecież piłaś wino! — oburzył się.

— Już wywietrzało! — odpowiedziała i minęła go w drzwiach.

— Weronika, czekaj — zawołał i pobiegł za nią.

Chwycił ją za rękę, zanim weszła na schody.

— Andrzej, zastanów się nad sobą. Ty mnie ciągle o coś podejrzewasz. Przecież tylko rozmawiałam ze starszym panem o podróżach w oczekiwaniu na to, aż ty wrócisz z pracy — opowiadała już łagodniej, ale z rezygnacją w głosie.

— Zostań w domu, proszę cię, porozmawiamy — powiedział.

— Muszę się przewietrzyć — zdecydowała stanowczo i zbiegła w dół.

Wyszła przed dom. Już się ściemniało na zewnątrz. Wsiadała do terenowego, czarnego   samochodu zaparkowanego na posesji, którą oświetlały starannie wkomponowane latarnie. Obok miejsc postojowych w oczku wodnym szumiała woda. Cisza w tym miejscu była tak gęsta, że można by ją kroić nożem. Weronika włączyła silnik i światła. Odjechała w kierunku miasta. Miała zamiar odwiedzić zaprzyjaźnioną kawiarnię w Rynku Głównym. Chciała pobyć sama. W międzyczasie włączyła radio. Akurat nadawali wiadomości.

„ W Tatrach trwa akcja ratownicza. Dwójkę turystów zastała burza podczas zejścia z Koziego Wierchu. Jedna osoba została porażona piorunem. Ratownicy walczą z żywiołem o życie turystów. Będziemy informować na bieżąco o dalszych szczegółach akcji. Pozostańcie z nami.”

Weronika poczuła dziwny dreszcz na plecach po tych słowach redaktora. Wiedziała, że Julia pojechała w góry. Zaraz wybrała do niej numer.

 

— Jesteś w końcu! Dłużej się nie dało! Od rana tylko problemy. Denerwują mnie wszyscy, a najbardziej taka głupia baba ze starostwa. Wyprowadziła mnie z równowagi. Jeszcze twoja mamusia ma w niedzielę przyjechać. Ja jej tak nie znoszę! — Marta tymi słowami powitała męża, który wrócił z delegacji.

— Dzień dobry Marta — mężczyzna powiedział.

— A coś ty taki oficjalny? — zapytała, wychodząc z kuchni. Stanęła w przedpokoju i popatrzyła w oblicze męża. Marek stał w garniturze i jasnym płaszczu. Nie miał przy sobie walizek, co zdziwiło Martę. Był średniego wzrostu, szpakowaty, miał bardzo łagodne usposobienie i spojrzenie.

— Od dzisiaj już będę oficjalny. Chciałem się z tobą pożegnać — oświadczył.

— Jak..? Co ty do mnie mówisz? Coś ci się popierdoliło chyba! — kobieta zaoponowała.

— Być może tak jest, jak powiedziałaś. Mam dosyć twojego zachowania. Dość obwiniania mnie o całe zło tego świata. Dosyć krzyczenia, pyskowania i psychicznego znęcania się nade mną. W poniedziałek składam papiery rozwodowe. Sąd zdecyduje, z kim będzie mieszkać Natalka. Ja odchodzę od ciebie Marta, odchodzę do innej kobiety. Z tobą nie da się żyć. Ja próbowałem, ale nie wytrzymam dłużej ani jednego dnia — skończył mówić i skierował kroki do pokoju. Wyciągnął z szafki walizkę i zaczął pakować swoje rzeczy.

Marta stała w przedpokoju, jakby na nią ktoś rzucił urok. Nie wiedziała, co ma powiedzieć.

Dopiero po kilku minutach wróciła jej świadomość.

Podeszła powoli do sypialni. Stanęła nad Markiem, który pochylony wyciągał z szuflady ubrania.

— Ty sobie żartujesz chyba. Do innej kobiety! Ty!? A kto by ciebie chciał? — zdziwiła się.

— Każda potwora znajdzie swojego amatora — skwitował krótko.

— Nie, to niemożliwe. Jak to chcesz odejść i mnie zostawić. Przecież mamy budować dom! Jak ty sobie to wyobrażasz? To jakiś koszmar chyba — nie dowierzała Marta, w to, co się działo.

— To nie sen! Obudź się i żyj. Nie widzisz, jaka jesteś? Nie dostrzegasz, jaką jesteś zrzędą i marudą, jaka jesteś złośliwa?! Robisz wszystko, co w swojej mocy, że uprzykrzyć innym życie. Gniewasz się, złościsz się, wyzywasz innych. Tak się nie da żyć. Na Boga! — wyliczał Marek.

— Po co w to Boga mieszasz? — oburzyła się.

— Bo tylko Bóg ci chyba może pomóc! Tylko on. Ja nie miałem takiej mocy — mężczyna tłumaczył.

— To jest jakiś głupi żart Marek…. co ty robisz…? — głos Marty zaczął się łamać.

W jej oczach pojawiły się łzy. Serce poczuło, że to się dzieje naprawdę. Czara goryczy męża się przelała. Myślała, że Marek będzie zawsze, że nic się nie zmieni, że jest pod ręką, że może mu wszystko powiedzieć, wykrzyczeć, nawybrzydzać, a on po prostu będzie.

— Żegnaj Marta. To już koniec — powiedział, trzymając walizkę w ręku. Dwadzieścia lat się znali, z czego piętnaście byli małżeństwem.

— Czemu mnie nie ostrzegłeś? Dlaczego mnie w taki sposób potraktowałeś? Czemu nic nie zauważyłam. Chociaż kurwa mogłeś być szczery i powiedzieć, że masz kogoś. Ja zawsze mówiłam prawdę. Oszukałeś mnie. Ty po prostu mnie oszukałeś… — ostatnie słowa wyszeptała i przełknęła słodką ślinę, która napłynęła do ust. Marek zamknął za sobą drzwi.

Marta pobiegła do łazienki zwymiotować.

 

Wojtek miał zatrzymać się na kilka chwil u swojego znajomego na osiedlu Kalinowym w Nowej Hucie. Te kilka chwil zamieniło się w kilka godzin. Tak się im dobrze rozmawiało, że mężczyzna zrezygnował ze snu przed nocną zmianą i postanowił tylko wziąć szybki prysznic. Stał teraz na światłach przed Rondem Kocmyrzowskim, kiedy to na sygnale minęły go trzy zastępy straży pożarnej.

— A cóż to się dzieje? Pali się, czy co! — powiedział, zjeżdżając na pobocze, żeby przepuścić pojazdy uprzywilejowane.

— No tak, Wojtek, przecież straż jedzie, to się pewnie pali — uświadomił sobie.

— Za dużo pracuję, przez to mam zwolnione myślenie — ocenił i włączył się z powrotem do ruchu.

Przejechał rondo na wprost i kierował się dalej Aleją Jana Pawła prosto w stronę Placu Centralnego, gdzie znajdowało się jego mieszkanie. Wzdłuż drogi zapalone były latarnie, które oświetlały jezdnię na pomarańczowo. Po obu stronach drogi świeciły się witryny sklepowe. W ciągu dwóch minut dojechał do ronda przy Placu Centralnym. Zobaczył, że przed jego blokiem stoi straż. Zahamował tak ostro z wrażenia, że wcześniejszy pojazd, jakim był srebrny mercedes prawie by wjechał w niego. Zaraz też zezłoszczony kierowca zaczął trąbić na Wojtka. Chłopak wyszedł z samochodu, nogi miał miękkie, jak z waty. Wargi mu drżały. Patrzył na dramat, który rozgrywał się na jego oczach.

— Co robisz człowieku. Zatrzymałeś ruch! — kierowca mercedesa szedł w stronę Wojtka, krzycząc przy tym do niego.

— Chłopie, czemu nie jedziesz — zapytał Wojtka

Wojtek nie mógł wydobyć ani słowa. W końcu wykrztusił.

— To moje mieszkanie się pali…