Rozdział II – Nadzieja to takie coś, co pozwala doczekać do kolejnego świtu.

 

Szymon stał przed komendą policji w Zakopanem. Duży budynek w żółtym kolorze znajdował się w bliskiej odległości ulicy. Był przyjemny, wiosenny poranek. Słoneczny, choć dosyć chłodny. Rześkie powietrze otrzeźwiło go trochę, gdy wyszedł z przesłuchania. Musiał zdać szczegółową relację z wypadku, który zakończył się tragicznie. Julia zmarła zaraz po przetransportowaniu przez śmigłowiec do szpitala.

Szymon czuł się tak, jakby to jego poraził piorun, ale zostawił go jakimś cudem przy życiu. Niewinny wypad w góry zakończył się śmiercią doświadczonej alpinistki, a jego amatora los zostawił przy życiu. Wiele refleksji pojawiało się w jego głowie na temat tej sytuacji.

—Po jaką cholerę to się wydarzyło? Co ją podkusiło, żeby pójść akurat tak wysoko…? — zastanawiał się w rezygnacji, żalu i bezsilności. Chciała cofnąć czas, tak bardzo.

—Dlaczego tak się układają losy człowieka. Boże przecież ona była młoda, piękna, miała całe życie przed sobą! Ja ciebie Boże nie rozumiem, dlaczego ją zabrałeś? Dlaczego? — zastanawiał się.

Zaciągnął się kolejny raz papierosowym dymem. Próbował rzucić palenie od kilku lat, ale bezskutecznie. Myślał o tym, że musi pojechać do rodziny Julii i porozmawiać z nimi. Obawiał się tego spotkania. Nie wiedział, jak zareagują. Dostał adres i numer telefonu na policji. Zbiegiem okoliczności obydwoje byli z Krakowa.

Czemu nie zawróciłem, czemu nie oceniłem ryzyka, niech to szlag — rozmyślał, wychodząc z komendy. Przeszedł przez bramę w kamiennym murze. Skierował się w prawo. Naprzeciwko rozpościerał się widok na Tatry. Mężczyzna spoglądał na nie z grozą i lękiem.

Nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Góry zawsze traktował jako fajną przygodę, ponieważ nie był świadomy zagrożeń, jakie w nich mogą spotkać człowieka. Oczywiście do czasu. Słyszał o lawinach, piorunach, grzmotach, ale nigdy w najśmielszych wizjach nie sądził, że jego to może spotkać. Myślał tak, jak myśli większość społeczeństwa. Jednak statystycznie na kogoś musi paść statystyczny wypadek. Pech chciał, że taka sytuacja spotkała Julię. A może po prostu tak się miało wydarzyć, może jej życie miało dobiec końca. Płomień życia pali się, ale nikt nie wie, jak długo będzie płonął. Zdecydowanie lepiej żyje się nieświadomości, natomiast traumy mają nam przypominać i uświadamiać o tym, że życie to krótka chwila, podmuch boskiego wiatru, który tak szybko, jak roznieca ogień istnienia, tak szybko go gasi.

Szymon wracał do hotelu po swoje rzeczy, przed południem miał autobus powrotny do Krakowa. Gdy zgasił papierosa w popielniczce przy koszu na śmieci, zadzwonił telefon.

— Cześć Paweł — przywitał kolegę. Jego głos nie był jednak taki wesoły i optymistyczny, jak zwykle. Dźwięczało w nim przygnębienie, a miało się ono za moment pogłębić.

— Stary, nie dostałeś tej roli. Kolega Jarek cię wygryzł — usłyszał od Pawła.

Szymon tylko wypuścił powietrze z płuc. Marzył o tym angażu. Pankarcy z nieboskiej komedii śnił mu się po nocach. Szymon wyobrażał sobie emocje, jaki muszą towarzyszyć byciu przywódcą rewolucjonistów, który musi pociągnąć za sobą innych. Przeżywał konflikt z hrabią Henrykiem prawie, że na jawie. Ćwiczył, przygotowywał się i odpadł. Miał wrażenie, że jest lepszy od Jarka. Niestety ktoś stwierdził, że jest inaczej.

— Dobra, dzięki, nie mam teraz głowy. Oddzwonię, jak wrócę — powiedział w pośpiechu do Pawła.

—Słyszałem o wypadku w górach, mówili w radio. Na całe szczęście żyjesz — wtrącił jeszcze kolega.

— Tak, wracam właśnie. Muszę kończyć, bo się spieszę na autobus — objaśniał Szymon.

— Na razie, dzięki za telefon — po tym krótkim pożegnaniu zakończył rozmowę.

Skłamał. Miał czas na rozmowę, nie spieszył się, tylko nie chciał rozmawiać.

Wyciągnął z paczki drugiego papierosa.

 

Wojtek leżał na łóżku i patrzył tępo w sufit. W małym pokoju przez okna zaglądało radosne światło budzącego się świtu. Niestety tylko ono takie było. Mężczyznę spowiła czarna rozpacz. Od pożaru minęło kilka dni, a on w dalszym ciągu nie mógł uwierzyć, że to go spotkało. Nie miał dachu nad głową, znaczy miał, ale użyczony. Przygarnął go kolega z pracy.

— Czemu nie wykupiłem ubezpieczenia? — padło pytanie w przestrzeń pomieszczenia. Człowiek, gdyby wiedział, że się przewróci, to by usiadł. Wojtek siłą rzeczy nie będąc jasnowidzącą istotą, nie mógł przewidzieć, że spotka go tak przykre zdarzenie.

Leżał na pojedynczym łóżku. Twarzą zwrócony był do okna. Zaraz za nim widział trochę błękitu nieba, pierzastych chmur i konary drzew. Pamiętał, żeby trzy razy w tygodniu puścić los na loterii, ale nie przyszło mu do głowy, że los może go postawić w takim trudnym położeniu.

Mieszkanie spłonęło doszczętnie. Wymagało generalnego remontu. Wspólnota mieszkaniowa zobowiązała się pomóc Wojtkowi, ale część pieniędzy musiał wyłożyć sam. Niestety nie miał nawet jednej pięćdziesiątej potrzebnej kwoty. Czekał na wypłatę. Na koncie zostało kilkaset złotych. Był totalnym bankrutem. Spojrzał na swój zegarek. Wskazywał godzinę piątą trzydzieści rano. Zaraz powinien wstawać do pracy. Nie miał jednak siły nawet ruszyć ręką. Sięgnął po tabletki zawierające tianeptynę. To związek chemiczny używany w leczeniu depresji i lęków. Zażył podwójną dawkę, czego nie powinien robić. Popił wodą.

— Tylko na chwilę zamknę oczy — wyszeptał, przewracając się na bok.

Nie miał żadnego planu. Nie miał nawet siły, żeby sobie cokolwiek wyobrazić.

Zawiódł mnie Bóg, zawiedli mnie rodzice, zawiodło mnie państwo, zawiodłem sam siebie. Po co to ciągnąć? — rozmyślał.

Depresja odbiera zarówno siłę psychiczną, jak i fizyczną. Może doprowadzić człowieka do ostateczności. Wiąże ręce, nogi, poraża mięśnie, osłabia, zniechęca, przytłacza i rozkłada na łopatki. Ciężko jest funkcjonować w normalnym życiu z depresją, a co dopiero w obliczu traumy. Wojtek nie potrafił wstać z łóżka do pracy i nie mógł nawet już tego zrobić, ponieważ jego oczy zamknął sen. Po całonocnym czuwaniu, dopiero nad ranem poczuł zmęczenie. Jego kolega miał dopiero iść na popołudniową zmianę i dlatego teraz jeszcze smacznie spał. Wojtek też.

 

 

Marta siedziała w kuchni przy stole i paliła papierosa. Na niebieskim obrusie stał wazon z uwiędłymi żonkilami. Kobieta patrzyła przez okno na ulicę. Po chodniku przemieszczało się, jak zwykle mnóstwo ludzi o tej porze. Na ulicy jeździły samochody. Co jakiś czas przemykał tramwaj. Z radia, które było włączone dobiegała melodia hejnału mariackiego. Zegar na białej ścianie wskazywał punktualnie godzinę dwunastą.

Marta nie poszła dzisiaj do pracy. Miała problemy z żołądkiem odkąd Marek się wyprowadził. Nie mogła sobie znaleźć miejsca. Początkowo nie potrafiła kompletnie przyjąć tego faktu do świadomości.

— Że ja nic nie zauważyłam — powiedziała, gdy wypuściła dym papierosowy z płuc.

— Jak ja mogłam być kurwa taka ślepa? — zadała pytanie.

— Gdyby teraz wpadł w moje ręce, to bym go udusiła gołymi rękami! Ach! Niech to szlag trafi i krew jasna zaleje! Tej pindzie, co za nią poszedł też by się dostało i to porządnie! — złorzeczyła. To pomstowanie przerwał dźwięk jej telefonu. Poderwała się z krzesła i zrobiła kilka kroków do blatu mebli kuchennych. Z lekko drżącym sercem wzięła aparat do ręki. Myślała, że to może dzwoni Marek.

— Gabrysia — powiedziała z nutką zawodu, patrząc na wyświetlacz.

— No cześć Garbrysiu — przywitała się.

— Jak się czujesz? — przyjaciółka zapytała z troską.

— Aaa szkoda mówić. Jak wielka kupa dziadostwa! — pożaliła się.

— Musisz się trzymać. Może skorzystałabyś z pomocy psychologa? — koleżanka zaproponowała.

— Nie Gabrysiu. Oni sami są chorzy i potrzebują innych kolegów po fachu, żeby ich wyleczyli. Zresztą wiesz, że nienawidzę chodzić po lekarzach. Nie cierpię tego. Tak mnie denerwują te kolejki, te babska, co stoją cały czas w kolejkach i plotą o innych niestworzone historie. Hipochondryczki jedne! Tylko blokują miejsca ludziom poważnie chorym do specjalistów! Stoją w kolejkach już od piątej rano pod przychodniami! — rozprawiała zagniewana.

— Marta, chodzi o Marka, tak? — Gabriela przeszła do sedna sprawy. Znała Martę już sporo czasu i potrafiła rozpoznać jej stany emocjonalne.

— Niech idzie do diabła! Nie chcę go wiedzieć na oczy! Potraktował mnie, jak mebel do wyrzucenia! Nie, poprawka! raczej mebel do opuszczenia. Tak zrobił! To poniżej jakiejkolwiek zdolności mojego pojmowania. Zdradzał mnie, miał romans, oszukiwał, kłamał. Łgarz i nieudacznik! Gdyby nie ja to by nic w życiu nie zrobił. Nic! A teraz popatrz. Zrobił karierę i mnie zostawił. pewnie dla młodszej! Kurwa, co za głupi baran! Nienawidzę go! Nienawidzę go ze wszystkich sił! — wzburzenie nie mogło opuścić ciała Marty. W jej wnętrzu wrzało, jak w czajniku pełnym gotującej się wody.

— Odpuść i uspokój się — przyjaciółka tłumaczyła.

— Pierdolę! Nic nie odpuszczę! Zapłaci mi za to upokorzenie i to z nawiązką! Tej głupiej babie też się dostanie za to, co mi zrobiła — zawołała do słuchawki.

— Marta! Uspokój się! — Gabriela zawołała, ponieważ traciła cierpliwość.

— Choć raz odpuść złośliwości! Odpuść kobieto. Musisz poszukać pomocy. Już dawno ci to mówiłam. Marek spełnił swoje groźby i odszedł. Mało było awantur? Nie pamiętasz? — padło pytanie do Marty.

— To przez niego i przez tę zołzę! Synuś mamusi! Słuchał jej, jak wyroczni! A ja jak ją widzę, to po prostu bym wyszła z siebie i stanęła obok — odparła.

— Tak, to jest dobry pomysł. Wyjdź z siebie i przyglądnij się, co ty mówisz! Marta! Na miłość boską! Zatrzymaj się w tym pędzie słów. Zobacz, co się wydarzyło! Cały czas się złościsz. Przecież tak nie można. Ty nie myślisz trzeźwo. Weź ty idź chociaż do kościoła, może z Bogiem porozmawiaj, z aniołami albo świętymi, skoro do lekarza nie chcesz pójść. Wybierz się do świętego Judy Tadeusza w kościele Mariackim. Zapal świeczkę i pomódl się o wskazówki, bo ja już nie wiem, co mam ci doradzić. Wiesz, że cię kocham. Jesteś mi jak siostra, ale ja muszę ci prawdę powiedzieć — zakończyła swój wywód Gabrysia.

— Nie lubię kościołów! — ostatecznie wyraziła negatywną opinię Marta.

— A co ty w ogóle lubisz? Zastanów się. ja kończę rozmowę. Zadzwoń do mnie, jak dojdziesz do jakichś konstruktywnych wniosków. Pa — kobieta powiedziała i pożegnała się.

— Halo, Gabrysia, halo! Jesteś tam? Do cholery, halo!!! — pytała zdenerwowana Marta.

— Noż kurwa, co ja mam teraz zrobić? — zastanawiała się głośno.

Serce miała rozedrgane, umysł nie mógł zaznać spokoju. Dlatego tyle mówiła, przeklinała, plątała się we własnych uczuciach, emocjach, nie mówiąc już o huśtawce nastrojów, która nią poniewierała, jak wiatr lekki piórkiem.

Wypiła kilka łyków zimnej wody ze szklanki. Wyszła z kuchni do przedpokoju , a następnie do łazienki. Popatrzyła w lustro.

— Jezus Maria, wyglądam strasznie! — przeraziła się.

Miała cienie pod oczami od płaczu i opuchnięte powieki. Włosy rozczochrane. Kąciki ust opadnięte od smutku i zmartwień. Do tego brak snu i apetytu sprawiły , że jej cera była szara, zmęczona i bez blasku.

— Chociaż się umyję — stwierdziła i włączyła wodę pod prysznicem.

— Może mi woda pomoże — oceniła i zaczęła ściągać piżamę, w którą była ubrana od wczorajszego wieczora.

 

— Bardzo mi przykro kochanie, bardzo — mówił Andrzej do Weroniki.

Ona leżała na łóżku w sypialni. Była przykryta kołdrą. Spod jej powiek wypływały błyszczące łzy. Na dworze świeciło piękne, wiosenne słońce, a Weronika przeżywała w tym dniu jedną z najdotkliwszych traum w swoim życiu. Odeszła siostra, którą znała od poczęcia.

— Wydaje mi się, że coś we mnie umarło. Nie umiem tego opisać — powiedziała do męża. Andrzej miał na sobie białą koszulę, jej rękawy podwinął do wysokości łokci. Jego ciemny zarost i włosy bardzo odznaczały się na tle białego koloru. Był zasmucony przykrą wiadomością. Cała rodzina przygotowywała się do pogrzebu.

— I pytam dlaczego się tak stało? Czemu ona? Czemu tak wcześnie? Przecież miała całe życie przed sobą — rozważała Weronika, ocierając chusteczką mokre oczy.

— Czas wyleczy rany — wtrącił.

— Nie wiem. To okropne przeżycie, które spadło, jak grom z jasnego nieba. Dosłownie. Boże mój, Boże, za jakie grzechy ona musiała tak wcześnie zginąć? — lamentowała Weronika, gdy w kieszeni spodni Andrzeja zadźwięczał telefon.

— Przepraszam — powiedział i wstał z łóżka, żeby wyciągnąć aparat.

Mam czas przed wieczorem. Możemy pojechać zobaczyć tę działkę. Daj znać. — takiej treści wiadomość odczytał od Pauliny.

— Kochanie, muszę przed wieczorem coś załatwić. Nie będzie mnie kilka godzin. Poradzisz sobie? — zapytał Weronikę.

— Wolałabym, żebyś był przy mnie — odparła.

— Wiem, ale pilna sprawa związana z nową budową — argumentował.

— A w sumie, to mi wszystko jedno, jedź, jeżeli jest taka potrzeba — oświadczyła i okryła się mocniej kołdrą. Było jej zimno, nie miała apetytu i nie mogła spać.

— Jak wrócę, to porozmawiamy. Bądź dzielna — Andrzej powiedział, całując żonę w policzek. Potem wyszedł z pokoju.

Z największą przyjemnością Paulinko. Do zobaczenia. — odpisał koleżance i niezmiernie ucieszyła go perspektywa wspólnego spotkania.

 

Szymon wrócił do swojego mieszkania. Było niewielkie, ale własne. Znajdowało się ono w blisko Rynku Podgórskiego w jednej kamienic. Szymon z okien podziwiał Wisłę.

— Prysznic, jak najszybciej pod wodę — powiedział zaraz, gdy zamknął za sobą drzwi. Zostawił plecak obok wieszaka na kurtki. Rozebrał się i wszedł do kuchni. Otworzył lodówkę, ale niestety było w niej tylko dużo chłodu, światło, keczup z musztardą i jedna konserwa mięsna. Wziął ją do ręki.

— Trzeba zrobić zakupy, ale najpierw obiad — stwierdził i odłożył puszkę z powrotem na szklaną półkę.

— Parzcież nie ma chleba — uświadomił sobie.

Odkąd wyprowadził się z domu miał nieznaczne problemy z ogarnięciem mieszkania i zarządzania logistyką związaną z zakupami, praniem i sprzątaniem. W domu wyręczała go w tym mama. Nie przejmował się zbytnio tą nieumiejętnością.

— Chińczyk dzisiaj — zdecydował się na wschodnią kuchnię i restaurację. Zdecydowanie nie lubił gotować. Udał się w pośpiechu do łazienki. Miał w planach prysznic, posiłek, a potem chciał się wybrać do rodziny Julii. Miał oddać łańcuszek Julii.

— Kierowniku, ale ja nie mogę stracić pracy — Wojtek tłumaczył w desperacji starszemu mężczyźnie, który przed momentem wręczył mu wypowiedzenie.

— Przykro mi Wojtuś, ale nic nie mogę poradzić. Dostajesz odprawę trzymiesięczną. Przestajesz pracować od dzisiaj. Zlikwidowali trzydzieści stanowisk pracy Utworzyli nowe, tylko się inaczej nazywają i zatrudnią na te wakaty Ukraińców. Płacą im połowę mniej niż Polakom — kierownik objaśniał.

— Ale ja straciłem mieszkanie kilka dni temu, teraz jeszcze pracę! Co ja zrobię? — powiedział Wojtek z rozpaczą.

— Jesteś młody, znajdziesz pracę — mężczyzna pocieszał swojego już byłego pracownika.

Wojtek zacisnął zęby ze złości. Stał z białym papierem w ręce, na którym napisany był wyrok.

— To gwóźdź do mojej trumny — oświadczył z powagą i wyszedł z biura kierownika.

Przestał logicznie myśleć. Nagle jego życie jeszcze bardziej straciło sens. Było mu już wszystko jedno. Pomyślał tylko o tym, żeby życie przestało boleć. Gdy wyszedł z budynku firmy skierował swoje kroki do samochodu. Z trudem, ale stary fiat uno odpalił. Wojtek pojechał drogą przed siebie, rozglądał się tylko bacznie w poszukiwaniu torów kolejowych.

 

 

— Wychodzisz gdzieś? — Natalka zagadnęła do Marty, gdy weszła do mieszkania. Wróciła ze szkoły.

— Tak, muszę coś załatwić. Obiad masz w lodówce — odpowiedziała córce, szukając w torebce chusteczek higienicznych.

— Dzwonił do ciebie tata? — zapytała Natalka.

— Nie, nie dzwonił — oschle odpowiedziała Marta.

— Ja dzisiaj z nim rozmawiałam, byliśmy w cukierni. Powiedział mi wszystko o rozwodzie — dziewczyna poinformowała, ściągając kurtkę.

— To dlatego się spóźniłaś, miałam już do ciebie dzwonić — poinformowała Marta.

— Tak, przez to spotkanie się spóźniłam. Zapomniałam cię poinformować. Przepraszam. Mamo, czy to już przesądzone? Nic się nie da zrobić? Ja jestem załamana. Tata mi powiedział, że będę musiała wybrać, z kim wolę mieszkać? — Natalka relacjonowała łamiącym się od płaczu głosem. Marta popadła w konsternację. Próbowała być spokojna, ale emocje wzięły górę.

— Kurwa — przeklęła i usiadła na szafce na buty. Twarz schowała w dłoniach.

— Przepraszam cię dziecko, jestem beznadziejna. Nie umiem żyć, krzyczę, gniewam się na wszystkich, przeklinam. Ojciec odszedł. Ale ja nie potrafię zmienić siebie. Jestem jaka jestem. Przepraszam cię, tak bardzo cię zawiodłam — mówiła, a łzy same spadały z oczu. Otarła je rękawem.

— Mamo, nie mów tak. Ja cię kocham. Proszę zrób coś, żeby tata wrócił. Ja nie chcę wybierać pomiędzy wami. Chcę mieć was razem. Codziennie — prosiła. Przykucnęła przy mamie. Popatrzyła w jej oczy z żalem i smutkiem.

— Raczej się nie da Natalko. Tata ma inną kobietę. Postawił mnie przed faktem dokonanym. Masz czternaście lat, to już wiele rozumiesz. Nie owijam w bawełnę — powiedziała, przytulając mocno córkę.

— Boisz się mamo — stwierdziła Natalka, patrząc w jej oczy.

— Tak, bardzo i wiem, że ty też się boisz. Nie wiem teraz, co się wydarzy. Jestem w totalnej rozsypce. Jak sobie damy radę? Może będzie lepiej, jak zostaniesz z ojcem… — zasugerowała Marta.

— Mamo, proszę, nie mów tak, ja nie chcę, żebyście się rozwodzili — Natalka zaczęła płakać na dobre.

— Wiem dziecko, wiem. Beznadziejna sprawa. Przepraszam cię — mówiła Marta.

Klęczały razem na podłodze w przedpokoju. Marta tuliła córkę w swoich objęciach najmocniej, jak umiała. W tym momencie potrafiła zrobić tylko to, nic więcej nie przychodziło jej do głowy. Jeszcze tylko powracały z dużą ostrością wspomnienia związane z jej ojcem, który opuścił Martę i jej mamę w bardzo podobny sposób, jak zrobił to Marek.

 

 

— Gdzie ta ulica jest? — zastanawiał się Szymon. Jechał już ponad trzydzieści minut. Znajdował się poza Krakowem, kierował się drogą na północ. Zwolnił, ponieważ szukał skrętu w prawo z oznaczoną nazwą ulicy. Zaraz przed lasem zobaczył tabliczkę.

— O, to tutaj — ucieszył się z jednej strony, ale z drugiej obleciał go strach. Miał się spotkać z kimś z rodziny Julii, nie wiedział na kogo trafi.

Pokonał jakieś dwieście metrów i dojechał do miejsca, w którym kończyła się droga. Doprowadziła go do pięknej posiadłości.

— Ulala, wygląda, jak zamek — ocenił Szymon.

Brama była otworzona, więc zatrzymał samochód na parkingu przed drzwiami wejściowymi. Kilka chwil zajęło mu dotarcie do dzwonka. Rozległ się on po przestrzeni dużego domu. Szymon zaglądnął przez podłużną, szklanką szybę, która przepuszczała światło to holu. Zaraz zapaliło się światło i usłyszał, że ktoś zbiega po schodach. Okolica spowita była spokojem i kojącą muzyką sąsiadującego lasu. Ptaki jeszcze ćwierkały wieczorne już trele.

Szymon w oczekiwaniu zapatrzył się w lewą stronę na zachodzące słońce. Gdy usłyszał otwieranie drzwi momentalnie przeniósł na nie swój wzrok. Gdy zobaczył kobietę, która stanęła przed nim zbladł i otworzył usta z przerażenia.

— Julia…— wymamrotał z niedowierzaniem.

— Dobry wieczór — Weronika powiedziała do nieznajomego.

On stał oniemiały i nie potrafił wykrztusić słowa. Wyglądał, jakby zobaczył ducha.

— Jestem siostrą Julii — przedstawiła się, choć to właściwie miał zrobić Szymon.

— Przepraszam, wygląda pani identycznie, jak Julia — wykrztusił w końcu z siebie.

— Tak, jesteśmy, znaczy byłyśmy bliźniaczkami — poprawiła się. Jej głos był cienki i delikatny. Teraz wypełniała go gorycz i smutek. Szymon zwrócił uwagę o zaczerwienione oczy swojej rozmówczyni.

— Przepraszam, nie przedstawiłem się. Nazywam się Szymon Gaj. Przyjechałem, ponieważ Julia prosiła mnie, żebym pani coś przekazał — tłumaczył, spoglądając w oczy Weroniki. Ona nie pozostawała dłużna w tej wzajemnej penetracji.

— Słucham? Co pan miał mi przekazać — zaciekawiła się i zapytała z wyraźnym poruszeniem.

— Ja byłem z Julią w górach podczas wypadku — zaczął tłumaczyć.

— Zapraszam do środka, nie będziemy przecież rozmawiali w drzwiach — przerwała mu wypowiedź.

— Nie chcę przeszkadzać, poza tym pojawiłem się bez zapowiedzi — zaznaczył.

— Nic nie szkodzi. Dla mnie jakakolwiek informacja o Julii jest na wagę złota teraz — przyznała. Zaprowadziła Szymona do salonu, gdzie usiedli na miękkich, białych sofach.

Mężczyzna czuł się odrobinę, jak w muzeum. Wszystko błyszczało i świeciło się od białego koloru.

— Czego się pan napije?   — zapytała Weronika.

— Najchętniej to bym się wódki teraz napił, ale prowadzę, więc nie mogę — powiedział Szymon.

— Rozumiem, to może wodę? — zaproponowała.

— Tak, dziękuję — zgodził się.

Gdy wstała z kanapy jego wzrok powędrował za jej sylwetką. Zaraz wróciła ze szklanką wody.

— Nie sądziłem, że kiedykolwiek coś takiego mnie może spotkać. To było bardzo traumatyczne doświadczanie. Najlepiej, żebym się napił wódki, to mógłbym o tym opowiedzieć. Nie chcę po prostu. To wszystko było potwornym zbiegiem okoliczności, który nie powinien się nigdy wydarzyć — objaśniał.

— Ja już nie mam, czym płakać. Biorę takie leki ogłupiające trochę. Dlatego jestem w stanie z panem w ogóle rozmawiać — zwierzyła się.

Szymon to rozumiał, było mu przykro. Przyglądał się z zachwytem Weronice. Była piękna, tak samo piękna, jak Julia i żyła. Momentalnie przeniósł wzrok na jej ręce i zauważył złotą obrączkę. Weronika ubrana była w dżinsy i szarą, sportową bluzę. Włosy miała związane w koński ogon. Nie miała na sobie makijażu. Miała doskonale wykrojone przez matkę naturę usta. Teraz miały bladoróżowy odcień.

— To miałem przekazać — powiedział Szymon, wyciągając z kieszeni zawiniątko w foliowym woreczku.

— O mój Boże słodki — westchnęła Weronika, podchodząc do Szymona. Usiadła tuż obok niego.

— To jest łańcuszek! — obwieściła prawie ze świętym namaszczeniem.

— Tak, poprosiła mnie, żebym go pani przekazał — mówił, wręczając ozdobę do ręki Weroniki. Na krótki moment ich dłonie się ze sobą zetknęły. Szymon poczuł przyjemne ciepło promieniujące od jej skóry.

— Nasz talizman — wyszeptała, rozpinając suwak w swojej bluzie.

Szymona zaskoczył ten gest, ale zaraz zrozumiał, o co chodzi. Na szyi Weroniki połyskiwał identyczny łańcuszek z takim samym wisiorkiem w kształcie serca. Pod wpływem emocji i z pewnością leków, które Weronika zażyła, pokazała jednak ciut więcej, niż powinna i oczom Szymona ukazał się rąbek koronkowego czarnego stanika, który utrzymywał w swojej formie obfity biust jego rozmówczyni.

— Piękny — ocenił. Spoglądał raz na wisiorek, a raz na dekolt Weroniki, ona jednak przypatrywała się łańcuszkowi siostry.

— Nie wiem, co mam sądzić o tym wszystkim? Jak to zrozumieć — zapytała w końcu.

— Kiedyś usłyszałem, że życie trzeba po prostu przeżyć, nie można go zrozumieć — odparł bardzo poważnie. Ich spojrzenia spotkały się na kilka sekund zdawać by się mogło po to, aby sczytać ze swoich serc bazy danych.

— Być może — odparła w zamyśleniu.

— Pójdę już, nie chcę zajmować czasu. Miło było panią poznać, choć mam wrażenie, jakbym znał panią od bardzo dawna — przedstawił swoje odczucia.

— Nie zatrzymuję. Dziękuję za wizytę. Może się jeszcze kiedyś spotkamy — powiedziała mimochodem.

— Tak czuję, że się spotkamy — powiedział, podając dłoń na pożegnanie.

Znów poczuł przyjemne ciepło jej skóry. Odprowadziła go do drzwi i uśmiechnęła się nieśmiało na pożegnanie. Potem poszła do sypialni się położyć spać. Nie miała siły nawet już się dzisiaj umyć.

 

Wojtek zaparkował samochód nieopodal wiaduktu kolejowego przy wąskiej, polnej drodze. Ostatnia nazwa miejscowości, przez którą przejeżdżał, a jaką zapamiętał, brzmiała: Łuczyce. Droga sama zaprowadziła go w te podkrakowskie rejony. Wieczór już dawno zapadł. Wojtek przeszedł około stu metrów i stanął na moście. W dole majaczyły tory. Zaciągnął się rześkim, wiosennym powietrzem.

— Zaraz nastąpi koniec wszystkich moich problemów. Tylko jeden skok — powiedział z dwustuprocentową pewnością. Przestał widzieć sens w czymkolwiek. Nawet by mu nie pomogła teraz wygrana na loterii. Chciał skończyć z męczarnią, jaką sobie sam stworzył ze swojego życia.

Wypatrywał pociągu.

— To będzie maksymalnie trzy sekundy. Tyle zajmie uwolnienie się z tego ciała — mówił do siebie. Usłyszał z oddali dźwięk ostrzegający o tym, że zbliża się pociąg. Wyszedł na barierki ochronne mostu. Spostrzegł światła pociągu. Życie powstaje w ciągu chwili i traci się je w jednej chwili. Wojtek zaraz miał się przekonać, co przyniesie kolejny moment.

 

 

Marta klęczała na zimnej posadzce. W bazylice mariackiej panowała zaduma minionych przez nią wieków. Bajeczny, niebieski sufit ozdobiony złotymi gwiazdami wprawiał w zachwyt i zawrót głowy wielu na niego patrzących. Kobieta nie patrzyła jednak do góry. Pochylała się nad tym, co minęło. Miała spuszczoną głowę. Modliła się przed wizerunkiem świętego Judy Tadeusza o pomoc.

Nie umiem. Nie potrafię. Zawiodłam cię Boże. Zawiodłam córkę. Zawiodłam siebie. nie jestem mocnej wiary. Jestem po prostu szczera. Klnę, jak szewc. Mówię, co myślę, ale taka jestem. Co ma zrobić. Co mam kurwa zrobić? O Bożej mój. Przepraszam za kurwa. Sam widzisz, to silniejsze ode mnie. Judo Tadeuszu, przychodzę w mojej beznadziej sprawie. Pomożesz mi? Choć ja nie mam pomysłu. Wkur…. znaczy denerwuję się nawet na moją bezradność. Garbrysia mnie tu wysłała. Jak trwoga to do Boga. Taka prawda chyba … — modliła się Marta. Robiła to tak, jak umiała – szczerze. Choć czuła, że jest bardzo pogubiona.

Pozostawała jej jedynie nadzieja.

 

— Nadzieja to jest takie, coś, co pozwala przetrwać do kolejnego świtu — przeczytała Weronika na głos zdanie jednego z rozdziałów książki traktującym o złotym sercu.

— Jutro będzie lepiej — stwierdziła z pewnością Weronika.

— Ale przecież jutro pogrzeb — przypomniała sobie po chwili i cały entuzjazm nagromadzony pod wypływem lektury przygasł.

 

Andrzej był na spotkaniu służbowym zakrapianym dużą ilością wina i wyjątkowych specjałów włoskiej restauracji w Rynku Głównym w Krakowie. Bardzo miło mu się rozmawiało z Pauliną, nie tylko o nowej inwestycji. Andrzej czuł, że żyję będąc adorowanym. Nie pozostawał dłużny swojej rozmówczyni. Jedna z pierwszych wiosennych nocy zapowiadała się bardzo ciekawie w królewskim mieście. Poranek miał przynieść wiele rozwiązań i odpowiedzi. Jednak dzisiaj wielu osobom pozostawało nadzieja. Chcieli po prostu doczekać kolejnego jutra i nowych możliwości, jakie miał przynieść nowy dzień.