ROZDZIAŁ III – Choć raz pozwolę sobie na to, czego pragnę

 

— Nieeeee! — zadźwięczało głośno i z ogromnym przerażeniem, gdy pociąg z dużą prędkością wjechał pod wiadukt.

Mężczyzna, który w ostatniej chwili pociągnął Wojtka za rękę, gdy ten stał na barierce zabezpieczającej, upadł na ziemię razem z nim.

— Oszalałeś! Życie ci niemiłe! — wykrzyczał z przerażeniem do ocaleńca.

— Skąd się pan tutaj wziął? — zapytał Wojtek. Był w szoku.

— Wracam do domu od sąsiada i widzę samobójcę na moście! Nogi mi podcięło i ledwo zdążyłem cię ściągnąć! — starszy mężczyzna relacjonował. Był dosyć zdenerwowany.

— Niedobrze pan zrobił. Byłoby lepiej dla mnie, gdybym spadł na dół — opowiadał Wojtek. Nad nimi rozpościerało się rozgwieżdżone niebo, a dookoła dźwięczała głucha, wiejska cisza. Tylko światło latarni rzucało odrobinę blasku w stronę tych dwóch mężczyzn, których los tego wieczora połączył zupełnie nieprzypadkowo.

— To grzech targnąć się na swoje życie! Jak tak można młody człowieku! — powiedział do Wojtka mężczyzna, podnosząc się z ziemi. Zaraz też podał mu rękę i pomógł wstać.

— Kazimierz jestem — przedstawił się.

Wojtek odwzajemnił uścisk dłoni.

— Ja Wojtek — odparł.

— Wojtek, posłuchaj się mnie, bo ja dłużej żyję na tym świecie, niż ty — zaczął starszy pan.

Wojtkowi raczej nic innego nie pozostawało w tym momencie.

— Wiele wiosen mam za sobą. Jak byłem mały nasza mama nie miała nas, czym nakarmić. Chodziłem głodny, nie miałem butów. Dostawałem razy, kiedy nie słuchałem się matki. Ojciec umarł na gruźlicę i zostawił ją samą ze mną i sześciorgiem mojego rodzeństwa. Ciężko pracowaliśmy na roli, żeby się móc wyżywić i kupić opał na zimę. Najmłodszy brat nie przeżył, bo naszej świętej pamięci mamie, niech jej ziemia lekką będzie, brakło pieniędzy na węgiel. Józiu miał roczek i udusiła go ospa, w domu było zimno, nie było, czym pojechać do lekarza. Potem przyszła wojna, ledwo uciekłem przed wywózką do Oświęcimia. W czasie wojny było zimno i głodno dalej i dodatkowo jeszcze można było stracić życie. Każdy się bał, jednak każdy chciał żyć, nawet w tej biedzie i głodzie, i zimnie. Po wojnie było trochę lżej, ale dalej trzeba było ciężko pracować. Miałem gospodarstwo. Dużo inwentarza. Wstawałem ze słońcem, kładłem się spać ze słońcem. Wiosna, lato, jesień, zima przez siedemdziesiąt siedem lat. Codziennie Bogu dziękowałem i dziękuję za życie. W biedzie, w głodzie, w zimnie. To grzech nie szanować życia Wojtuś! — obruszył się pan Kazimierz. Był średniego wzrostu mężczyzną, lekko przygarbionym, z bujną, siwą czupryną. Miał niezwykle energiczne ruchy.

— Kiedy ja straciłem sens życia — pożalił się Wojtek.

— Masz, co jeść? — zapytał starszy pan.

— Słucham? — zagadnął Wojtek.

— Czy masz, co jeść? — powtórzył pytanie Kazimierz.

Wojtek westchnął. Sam nie wiedział, co ma odpowiedzieć. Zdziwiło go to pytanie.

— Tak, mam — odpowiedział wreszcie po chwili namysłu.

— Masz, gdzie wrócić na noc? — usłyszał kolejne pytanie.

— Nie, nie mam, moje mieszkanie spłonęło — wytłumaczył.

— A gdzie ubiegłej nocy spałeś? — zapytał Kazimierz.

— U kolegi — odparł.

— Możesz się u niego dzisiaj zatrzymać, czy nie? — staruszek dociekał.

— Teoretycznie mogę — wysnuł wniosek Wojtek.

— Masz, gdzie spać, masz, co jeść. Masz zdrowe ręce? — Kazimierz z prowadził dyskusję z pewnością generała broni.

— Mam — przyznał zbity z tropu Wojtek.

— Skąd się tutaj wziąłeś? — zapytał.

— Z Nowej Huty przyjechałem — objaśniał Wojtek.

— Grzeszysz! Przeproś Boga za to, co chciałeś zrobić i żyj dalej. Nie wiesz, co to głód. Nie wiesz, co to strach przed wywózką do obozu, nie wiesz, czym jest brak butów w zimie, kiedy trzeba stać godzinę na zimnej posadzce w kościele. Wy młodzi jesteście jak dzikie gałęzie. Rośniecie bez celu, jak chcecie i robicie, co wam się podoba. Nie macie szacunku do matki, ojca, do Boga. Do życia nie macie szacunku. Trzeba żyć, pracować i modlić się i dziękować Bogu za to, że można żyć! — Kazimierz zakończył swój wywód i ruszył dalej za drogą przed siebie. Machnął na pożegnanie Wojtkowi ręką. Ten oparł się o barierkę, na której kilkanaście minut temu stał.

— Boże, co to było? — zapytał na głos.

No właśnie. To było coś niezwykłego. Nie było przeznaczeniem Wojtka skończyć swoje życie pod kołami pociągu dzisiejszego wieczoru. Jego plan się nie powiódł. Los przyszykował dla niego coś zupełnie innego. Z jednej strony Wojtek się cieszył, ale, gdy przypomniał sobie swoją aktualną sytuację, to znów powróciły obawy. Nie doświadczył nigdy głodu, więc nie miał porównania. Opowiadania pana Kazimierza nie mógł odnieść do swojej rzeczywistości, ponieważ nie przeżył tego, co on. Jednak ten nieznajomy mężczyzna uratował mu życie. W tej chwili Wojtek nie rozumiał jeszcze zbyt wiele. Potrzebował czasu. Ten został mu dany. Powolnym krokiem wrócił do samochodu. Ruszył w kierunku mieszkania swojego kolegi. Miał dzisiaj, gdzie spać i co jeść, i nadal żył, jednak w tej chwili nie był świadomy, jakim to jest błogosławieństwem.   Pragnął zasnąć.

 

 

— Jeszcze tylko buty przepolerować muszę — przypomniał sobie Szymon. Za oknem wiosenne słońce powitało kolejny dzień. Nie był on niestety wesoły dla wszystkich Krakowian. Rodzina Julii szykowała się na pogrzeb, podobnie jak i Szymon.

Siegnął do szafki w przedpokoju po szczotkę. Wykonał kilka energicznych ruchów i jego czarne, wyjściowe buty zalśniły czystością. Poprawił czarny krawat, który kontrastował z białą koszulą. Prezentował się bardzo elegancko w garniturze. Dzisiaj zgolił zarost, jednak swoje włosy pozostawił w niewielkim, artystycznym nieładzie. Zaczesał je tylko trochę na prawą stronę z pomocą niewielkiej ilości żelu, także grzywka ułożyła się w miękką falę tuż nad czołem.

— W porządku. Byle już było po pogrzebie i zapomnę o tym całym zdarzeniu — powiedział do swojego lustrzanego odbicia. Podświadomość generowała mimo wszystko w jego wyobraźni obraz nie Julii, lecz jej siostry. Były przecież takie same z wyglądu fizycznego, podobne, jak dwie krople wody. Jednak to Weronika żyła i pozostawała w zasięgu wzroku Szymona. Mężczyzna liczył na to, że porozmawia z nią przy tej przygnębiającej okazji. Wyszedł z mieszkania o godzinie jedenastej trzydzieści. Pogrzeb miał się odbyć punktualnie o dwunastej na cmentarzu w Batowicach, który to jest jednym z najstarszych cmentarzy komunalnych w Krakowie.

 

 

Ja też dziękuję za miły wieczór. Proponuję niebawem powtórzyć… – Andrzej odpisywał na wiadomość od Pauliny. Siedział w samochodzie i czekał na Weronikę. Był podekscytowany spotkaniem z przeuroczą panią architekt. Była niezmiernie pociągająca i bardzo konkretna.

— Możemy jechać — powiedziała Weronika, otwierając drzwi brązowego, terenowego Range Rovera. Miała na sobie czarny taliowany, krótki żakiet i ołówkową spódnicę kończącą się tuż za kolanami. Do tego czarne szpilki, małą, czarną kopertówkę, a na oczach czarne okulary. Zakryła w ten sposób opuchnięte powieki. Długie, ciemne włosy spięła w subtelny kok. Wyglądała bardzo elegancko i skromnie, natomiast jej plecy były odrobinę przygarbione. Doświadczenia ostatnich dni przyniosły wiele smutku, który nadwerężył jej szczupłe ciało. Andrzej ruszył w kierunku głównej drogi. Weronika sięgnęła do torebki i wyjęła z plastikowego opakowania dwie, białe tabletki. Popiła je wodą mineralną.

— Nie za dużo tego łykasz? — zainteresował się mężczyzna.

— Nie, tyle, ile trzeba — odparła krótko.

Schowała tabletki do torebki. Wyciągnęła z niej tym razem białą, płócienną chusteczkę, żeby otrzeć łzy, które zdążyły napłynąć do oczu. Pożegnanie siostry było dla niej traumatycznym przeżyciem. Andrzej jej nie rozumiał. Podchodził do sprawy na zimno. Nie darzył siostry swojej żony szczególnymi emocjami. Zresztą on największymi emocjami darzył swoją osobę. W drodze do kaplicy myślami uciekał do głębokiego dekoltu Pauliny i zastanawiał się, kiedy znowu się zobaczą. Weronika go męczyła. Miał dosyć jej marudzenia o tym, że nie może zajść w ciążę. Andrzejowi było wygodnie bez dzieci. Nie miał takich marzeń. Liczyły się dla niego biznesy, nowe inwestycje, drogie samochody i luksus, którym uwielbiał się otaczać. Jednak zdawał sobie sprawę, że bez Weroniki cały ten blichtr szybko mógłby się skończyć. Wstępując w związek małżeński Andrzej podpisał dokument, na którego dźwięk często przywoływał się do porządku. Intercyza była pętlą na jego szyi. Zdecydowanie nie lubił o tym rozmyślać jednak ojciec kobiety wiedział, co robi, zapisując młodym swój wielki majątek.

 

 

Marta zamknęła drzwi hospicjum za sobą. Nie odwiedzała nikogo, po prostu skończyła pracę i wracała do domu. Była dietetykiem z wykształcenia i ustalała jadłospisy w hospicjum. Pracowała w Nowej Hucie. Hospicjum znajdowało się przy kościele, który był symbolem walki o miejsce dla Boga w socjalistycznej rzeczywistości lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Arka Pana dała schronienie dziesiątki lat temu ludziom pragnącym zachować wiarę i tradycje katolickie. Kościół jest budowlą o prostej, aczkolwiek wymownej formie, przypominającej kształtem właśnie biblijną arkę, która ocaliła przed wielkim potopem życie na ziemi. Dzisiaj kroki do wnętrza Arki Pana skierowała Marta. Nigdy nie była blisko z kościołem. Uczęszczała tylko na mszę pro forma, trochę z przyzwyczajenia. Nie zastanawiała się nad tym, co opowiadają księża. Po tym, co oświadczył jej mąż, poczuła ogromną potrzebę bliskości nie tyle kościoła, co Boga. Wiedziała, że tam go znajdzie. Pragnęła pobyć w ciszy, szukała ukojenia od bólu, który trawił jej serce. Czuła się zdradzona, oszukana i porzucona. Docierało do niej z głębokich pokładów podświadomości, że bardzo przyczyniła się do zaistniałej sytuacji. Niestety opornie szło przyznanie się do winy. Kotłował się w niej żal do Marka i pretensje. Do tego złość, nienawiść i przekleństwa mieszały się i nie pozwalały zaznać spokoju.

— Co za pizda cholerna, niech ją szlag trafi tę babę, która się na niego połasiła. Dziecku ojca odebrała. Pożałuję, będzie się w piekle smażyć! Kurwa mać, czemu się tak życie poukładało? — złorzeczyła, gdy szła chodnikiem w kierunku świątyni. Przy drodze zaparkowane były samochody, a po prawej stronie jezdni znajdowały się zabudowania w postaci kilkupiętrowych bloków. Odległość od hospicjum do kościoła była niewielka, stąd Marta po kilku minutach stanęła przed dolnym wejściem do świątyni. Przeszklone drzwi w czarnej, metalowej ramie, otrzeźwiły umysł kobiety i przestała złorzeczyć, ponieważ zdała sobie sprawę, że zaraz stanie przed majestatem najwyższego. Weszła do wnętrza. O tej porze dnia w kościele było bardzo cicho. Ciemna podłoga odbijała jasne światło słoneczne, które wpadało przez drugie wejście, znajdujące się naprzeciwko od strony ulicy Obrońców Krzyża. Po lewej stronie Marty ustawione były dwa rzędy ławek z jasnego drewna. Kobieta przyklękła przed wejściem do zakrystii. Kilka metrów dalej, po prawej stronie znajdowało się zagłębienie w ścianie i to właśnie miejsce było celem dzisiejszego się pojawienia Marty w Arce Pana. Wstała z klęczek i po paru krokach znalazła się w grocie Matki Boskiej.   W niewielkim pomieszczeniu konar drzewa przytrzymywał figurkę Madonny ubranej w niebiańsko błękitną szatę. Liczne różańce i korale, które wisiały w otoczeniu postaci Matki Boskiej świadczyły o wysłuchanych przez nią modlitwach i otrzymanych łaskach.

Marta usiadła na krześle. Gdy z jej ust przestały wydobywać się słowa, to z jej oczu zaczęły kapać łzy. Piekły, zdawało się jej, że wypływają wprost z poranionego serca.

— I co ja teraz mam zrobić? Niech to wszystko szla…. — zapytała i jednocześnie powstrzymała się przed kolejnym przekleństwem.

Po chwili obok Marty uklęknął ksiądz. Marta spojrzała na niego przez zapłakane oczy. Kapłan uśmiechnął się do niej serdecznie.

— Szczęść Boże — powiedział.

 

 

 

Szymon stał przed kaplicą, w której miała odbyć się msza pożegnalna. Nie wchodził do środka, ponieważ wewnątrz było bardzo dużo ludzi. Słońce świeciło jasno tego dnia na niebie. Wiosenny wiatr wiał dosyć silnie. Mężczyzna spoglądał na zegarek, gdy poczuł czyjś dotyk na swoim przedramieniu. Zaraz też podniósł głowę do góry.

— Cześć, miło, że jesteś — usłyszał aksamitnie miękki głos Weroniki.

Zanim zdążył o niej pomyśleć, pojawiła się. Zatrzymała się na chwilę rozmowy. Krok za nią stał Andrzej.

— Aaaa… cześć, bardzo mi przykro. Wiesz, że lepiej byłoby dla wszystkich, gdybyśmy się tutaj nie spotkali — odpowiedział Szymon, przenosząc wzrok na mężczyznę, z którym przyszła Weronika.

— To mój mąż — powiedziała, wskazując na Andrzeja.

— Witam, Andrzej Skalny — przedstawił się, podając dłoń.

— Szymon Gaj, miło mi .

Andrzejowi nie przypadł do gustu znajomy jego żony.

— Chodźmy już, zaraz się zacznie. Do widzenia panu — zasugerował Andrzej i pożegnał się z Szymonem.

— Trzymaj się Weroniko — zdążył jeszcze powiedzieć z troską do kobiety.

Ona przymknęła powieki na znak porozumienia i nałożyła na oczy czarne okulary.

Odeszli do wnętrza kaplicy.

Szymon pozostał z dziwnym uczuciem. Chciał za nią pójść, miał ochotę jeszcze z nią porozmawiać. W jej oczach dostrzegł coś niezwykłego. Jakiś brakujący element swojej istoty, który zawołał do niego w sposób niezmiernie subtelny i niewinny. Nie miał pretekstu, żeby z nią porozmawiać więcej, przecież nawet nie wypadało. Była zamężna. Nie mógł się skupić na uroczystościach pogrzebowych.

 

 

Wojtek spacerował wiślanymi bulwarami. W tle majaczył majestatyczny Wawel. Na wiosnę ruch pieszy w okolicach królewskiego zamku wzmógł się. Turyści, mieszkańcy, studenci i wycieczki szkolne przemykały wzdłuż Wisły, robiąc przy tym ruch. Jedni się śmiali, inni rozmawiali, bądź robili zdjęcia. Ludzie spieszyli się do pracy, do domu, na uczelnię albo spacerowali, odpoczywając w aromatach budzącej się do życia wiosny. Wojtek zatrzymał się w pewnym momencie i usiadł na trawie. Ściągnął bluzę, ponieważ zrobiło mu się gorąco. Podłożył ręce pod głowę i położył się wygodnie na młodej, zielonej trawie.

— Muszę coś wymyślić i to szybko, zanim wyremontuję mieszkanie minie sporo czasu. Nie mam za co nawet tego zrobić. Kredytu nie dostanę, bo nie mam roboty. Stróżowanie jest na czarno, więc nikt tego pod uwagę nie weźmie. Pracę na umowę znaleźć teraz to wyzwanie. Co tu zrobić? — pytał półgłosem sam siebie. Głowę zalewały zmartwienia., jednak cieszył się, że żyje. Wspomnienie wczorajszego wieczoru napawało go zarówno przerażeniem, jak i nadzieją. Pierwszy raz od dawna cieszył się, że może zacząć od nowa Nagle poczuł ochotę, żeby zjeść ostrygi. Nie wiedział nawet, dlaczego przyszło mu to na myśl. Raz w życiu ich kiedyś skosztował przy okazji urodzin kolegi. Zazwyczaj stołował się w barach mlecznych albo tańszych knajpach. Sam lubił gotować w domu, ale zawsze mu brakowało czasu. Wiecznie był zapracowany, a i tak na nic nie wystarczało mu pieniędzy. Takie wymyślne kulinarne zachcianki pozostawały raczej poza zasięgiem jego możliwości.

Postanowił dzisiaj złamać schemat i zjeść ostrygi. Zamarzyło mu się do tego wytrawne wino. Miał w portfelu ostatnie sto złotych. Wyciągnął banknot i przyglądnął mu się uważnie.

— Królu Jagiełło! Czemu ty mnie nie lubisz? — zagadnął.

Ale papierowy banknot nie mógł udzielić odpowiedzi. Wojtek podniósł się z trawy. Postanowił znaleźć bardzo elegancką restaurację i za ostatnie pieniądze zakosztować marzenia, które narodziło się w ciągu ostatnich chwil w jego głowie.

— Choć raz pozwolę sobie na to, czego pragnę — oświadczył z radością i poszedł w stronę ulicy Podzamcze. Ona miała go zaprowadzić do ulicy Grodzkiej i dalej do Rynku Głównego.

 

 

— Czy w czymś pani mogę pomóc — zapytał młody ksiądz. Miał ciemne, krótko przystrzyżone włosy i brązowe oczy w czarnej oprawie brwi i rzęs.

— Nie, mnie tylko Bóg może pomóc — odpowiedziała Marta z prędkością błyskawicy.

— Bóg do nas mówi przez ludzi też, wysyła nam znaki. Pani na nie czeka, skoro pojawiła się tutaj — zasugerował.

— Nie na taki znak czekałam proszę księdza. Znaczy ksiądz nie jest tym znakiem — skwitowała stanowczo Marta.

— Skąd ta pewność? — kapłan zapytał, wstając z klęczek.

— Bo nie czuję tego — odpowiedziała nieco rozzłoszczona.

Nie miała ochoty rozmawiać z księdzem. Zdenerwowała się jego pojawieniem w kaplicy.

— Jeżeli szuka pani znaku od Boga, to ja pani przekaże bardzo dużo w zaledwie kilku zdaniach — oświadczył. Marta nie śmiała już protestować, tylko słuchała.

— Bóg jest miłością i pragnie, aby każdy człowiek odnalazł w sobie miłość. Żeby ją w sobie odnaleźć trzeba sobie przebaczyć i zdobyć się na współczucie dla swojej chorej duszy. Miłość do siebie to nie egoizm, to baza do obdarzania miłością innych — zakończył.

— Mądre to — przyznała Marta.

— Chce pani się wyspowiadać? — zapytał.

— Nie, nie… nie mam takiej potrzeby — zaprzeczyła.

— Proszę powierzyć swoje zmartwienia i kłopoty Bogu i prosić o łaskę przebaczenia sobie samej. Pomodlę się dzisiaj w pani intencji. Szczęść Boże — oznajmił serdecznie i wyszedł z kaplicy.

— Daj Boże to szczęście — zapragnęła Marta.

Nie wierzyła jednak w nie w tym momencie. Uważała, że mogą ją spotkać tylko same okropności w życiu już. Brakowało jej nadziei, że codzienność może błysnąć kolorami.

— Marek odszedł. Zostałam sama z Natalką. Budowa upragnionego domu została wstrzymana. Życie straciło dla mnie sens. A największa praca, jaką mam do zrobienia, to praca nad sobą. Tyle lat przed tym uciekałam i w końcu mnie dopadło. Boli, jak diabli! O! Przepraszam, znowu mi się wypsnęło. Proszę o łaskę przebaczenia sobie — wypowiadała te słowa z ogromną żarliwością. Czuła, że to będzie najtrudniejsza batalia w jej życiu. Batalia o siebie.

Gdy wyszła z kościoła zobaczyła nieodebrane połączenie ze szkoły Natalki.

Zaraz też oddzwoniła.

— Dzień dobry, Marta Krynicka z tej strony. Ktoś ze szkoły dzwonił do mnie z tego numeru — przedstawiła się.

Po kilku chwilach zbladła. Zatrzymała się przy kościelnym ogrodzeniu, ponieważ poczuła zawroty głowy.

— Jak to możliwe, ale dlaczego? Jaki krwotok? U Natalki? — zadawała pytanie, za pytaniem.

— W jakim szpitalu się znajduje? — dociekała.

— Dobra dziękuję — rozłączyła rozmowę.

Roztrzęsionymi rękami szukała numeru w telefonie do firmy taksówkarskiej.

— Proszę o podjazd na Fatimską, koło kościoła Arka Pana czekam — powiedziała, gdy usłyszała w słuchawce głos młodej kobiety.

 

 

Szymon palił papierosa przed samochodem na parkingu. Uroczystości pogrzebowe dobiegły końca. Cieszył się, że ma to już za sobą. Stał oparty o bagażnik samochodu. Zdążył ściągnąć już krawat i rozpiąć guzik przy kołnierzyku koszuli. Tak czuł się dużo swobodniej.

Niespodziewanie usłyszał za plecami głos Weroniki.

— Znowu się spotykamy — powiedziała do Szymona, a on się momentalnie odwrócił.

— Wolałbym w innych okolicznościach cię spotkać — przyznał szczerze, spoglądając w jej zapłakane oczy.

— Może… kiedyś — odparła.

— Może wybierzemy się na kawę — zaproponował bez ogródek, po chwili jednak zmiarkował się, że zadał niefortunne pytanie.   Weronika nic nie odpowiedziała, uśmiechnęła się nieco speszona. Szymon z natury był bardzo bezpośredni. Często myślał dopiero po tym, jak coś zrobił. Tak było i tym razem.

Zaraz też pojawił się Andrzej. Tak się złożyło, że zaparkował samochód obok auta Szymona. Otworzył drzwi Weronice i zmierzył Szymona wymownym spojrzeniem. Sam zaraz wsiadł też do samochodu i odjechali z parkingu.

— Cholera, poleciałem ponad lasem z tą kawą — uświadomił sobie po fakcie Szymon i przypomniał sobie, że o szesnastej ma przecież udzielić korepetycji z angielskiego maturzystce.

— Dobra pora się zbierać — powiedział i wsiadł do samochodu. .

 

 

Weronika po powrocie do domu udała się do sypialni. Była ona jej azylem. Puściła muzykę Chopina. Z paczką chusteczek higienicznych zaszyła się pod kołdrą.

Z czasem ból miał stać się   mniejszy, jednak dzisiaj o tym mogła tylko pomarzyć. Tęskniła za Julią. Ściskała w ręku jej łańcuszek z medalikiem. Potrzebowała z kimś podzielić swoją rozpacz. Andrzej zajął się swoimi służbowymi sprawami w gabinecie, zresztą on i tak nigdy jej nie mógł, a może nawet nie próbował zrozumieć. Weronika czuła się teraz najbardziej samotną osobą na świecie. W tym całym zamieszaniu zapragnęła spotkać się z Szymonem. Coś się jej w nim spodobało. Czuła, że jest dobrym człowiekiem. Chciała z nim porozmawiać o siostrze, a może tylko taki pretekst sobie wymyśliła? Sięgnęła po telefon, który leżał na poduszce.

Kiedy się umawiamy na tą kawę? W. – o takiej treści wysłała wiadomość.

Wojtek delektował się smakiem ostryg. W otoczeniu eleganckich, drewnianych mebli, białych obrusów, blasku wypolerowanego szkła i porcelanowej zastawy zajadał się owocowym, morskim przysmakiem. Dla jednych ostrygi to padlina, dla drugich wyśmienity afrodyzjak, a dla Wojtka stały się one tego wieczoru szansą na zmianę życia. Często niewielki gest daje duży efekt. Wojtek kosztował wyśmienitego, niemieckiego, wytrawnego białego wina. Zapragnął innego życia, lepszego i piękniejszego. Ta wizyta w eleganckiej restauracji była dopiero początkiem, małym ziarenkiem, które miało zacząć kiełkować w jego duszy.

Trzeba żyć, pracować i modlić się i dziękować Bogu za to, że można żyć! — przypomniały mu się słowa pana Kazimierza.

— Za życie — wzniósł toast.