ROZDZIAŁ IV- Bo w biedzie się poznaje przyjaciół, czy jakoś tak.

 

„Pięknie żyć to znaczy zaakceptować siebie. Od tego wszystko się zaczyna. Nie można ruszyć z miejsca, jeśli nie podoba nam się nasza osoba albo może inaczej. Może nam się coś w nas nie podobać, ale musimy być tego świadomi. Trzeba zdawać sobie sprawę ze swoich wad, jak i zalet. Choćby ci się wydawało, że jesteś najokropniejszym człowiekiem na świecie, nieudacznikiem, leniem, alkoholikiem, egocentrykiem, cholerykiem i Bóg jeden wie jeszcze jakim negatywnym wzorcem osobowości, to pamiętaj o jednym – musisz zaakceptować ten fakt. Bez oceniania, bez odrzucania, bez krytykowania, bez obwiniania siebie! Z całą miłością musisz popatrzyć w lustro i powiedzieć: tak, taki jestem. Jestem, jaki jestem. Nie oznacza to oczywiście, że masz być dumny z postępowania, które na przykład działało na szkodę innych. Nie możesz natomiast uciekać od swojej tożsamości. W danym miejscu i czasie, aktualnie w tej jednej chwili pokochaj siebie takim, jakim jesteś. Nie będziesz wiedział, jak smakuje pochwała za pracowitość, jeśli nie usłyszysz obelgi za lenistwo. Nie poznasz wolności bez spętania w kajdany uzależnienia. Koniecznym jest popełnianie błędów, abyś mógł ucieszyć się, kiedy w końcu się uda. Troski i zmartwienia to przeciwieństwa błogosławieństw. Uwierz mi na słowa, które teraz czytasz, ponieważ te słowa są poparte moimi doświadczeniami. Bardzo trudnymi. One się musiały wydarzyć po to, abym mogła cię zapewnić o tym, że serce zna drogę. Tylko ty musisz się odważyć na nią wstąpić. Droga serca utkana jest z miłości. Pierwsza miłość to Ty. Żeby doświadczyć miłości musisz sam stać się miłością. To jest cała tajemnica. Dla człowieka, który nigdy tego wcześniej nie umiał robić, pokochać siebie – to najprostszymi słowami dać sobie to, czego pragniesz dostać od innych. Troska, uwaga, cierpliwość, radość, uśmiech, szczęście i spokój. ”

— Tak, spokój mi jest najbardziej potrzebny droga autorko — powiedziała Weronika odkładając książkę na poduszkę. Sama rozciągnęła się wygodnie na łóżku w sypialni. Zamknęła powieki. Poradnik, który aktualnie czytała był bardzo inspirujący – Złote Serce – tak brzmiał tytuł. Weronika poszukiwała odpowiedzi na pytanie, dlaczego w życiu się jej poukładało tak, a nie inaczej. Bardzo pragnęła mieć dziecko. To było jej marzenie. Niestety nie udawało się zajść w ciążę. Kobieta zamartwiała się tym, że może to jest jej wina? Obudzony instynkt macierzyński połączony z nadmiernym myśleniem, nie pozwalał cieszyć się życiem, a Weronika miała się, czym cieszyć. Była zdrowa, piękna, inteligentna, majętna, mieszkała w wymarzonym domu, w otoczeniu cudownej przyrody. Z wykształcenia była farmaceutką, ale odkąd wyszła za mąż, przestała pracować zawodowo. Teraz rozważała możliwość powrotu do pracy, natomiast mąż jej ten pomysł serdecznie odradzał. Wolał ją mieć w domu, przy sobie. Był w stanie zapewnić jej wszystko, czego pragnęła. Jak się okazało to wszystko było niczym w porównaniu z tym, czego nie mógł ofiarować. Cały majątek był namiastką szczęścia w porównaniu z posiadaniem przez Weronikę dziecka. Weronika nawet na ulicy, widząc mamy przemykające z wózkami, czuła żal i zazdrość. Nie mogła pojąć, dlaczego tak los ułożył sprawy.

Oddałaby bardzo dużo za wiadomość o tym, że pod jej sercem bije drugie serce.

— Dobra, muszę się wziąć w garść — postanowiła, wzdychając. Wstała z łóżka. Udała się do łazienki, która znajdowała się obok. Spojrzała w lustro i powtarzała słowa, które przeczytała niedawno w książce.

— Akceptuję siebie taką, jaką jestem. Nie mogę mieć teraz dzieci. Akceptuję ten stan. Rozumiem, że widocznie jest na mnie inny plan. Kocham w sobie to, co potrzebuje uleczenia. — recytowała zawzięcie.   Jednak samo powtarzanie na niewiele się zda. Potrzeba prawdziwej wiary i przeświadczenia, co do wypowiadanych na głos refleksji.

Po tych słowach przyszedł jej na myśl Szymon. Miała się dzisiaj z nim zobaczyć. Chciała porozmawiać o ostatnich chwilach życia siostry, ale nie tylko odpowiedzi na to pytanie oczekiwała. Zaciekawił ją ten mężczyzna. Wydawało się jej, że jest taki spokojny i serdeczny, a ona w tym momencie życia tego potrzebowała. Zgodnie z zasadą przyciągania, dostaniemy to, o czym myślimy, czasami w najbardziej niespodziewanej formie. Andrzej miał dzisiaj późno wrócić z pracy, więc Weronika postanowiła ten czas wykorzystać na spotkanie. Oczywiście nie miała zamiaru się chwalić mężowi swoim wyjazdem, jednak na tyle się podekscytowała wieczornym wyjściem, że zaczęła się zastanawiać, w co się ubierze?

— Weź ty się uspokój kobieto. Przecież to ma być tylko spotkanie informacyjne — skarciła się za takie podszepty wyobraźni.

Kochała Andrzeja, mimo kłótni i różnic w poglądach, była z nim szczęśliwa. W takim żyła przeświadczeniu.

— Przecież jestem szczęśliwa z Andrzejem — powiedziała na głos do lustrzanego odbicia w łazience. Zamilkła i przyglądała się swoim niebiesko-zielonym tęczówkom.

Skórzane spodnie i czerwone szpilki — przyszły jej do głowy, gdyż pomyślała znowu o tym, w co ma się ubrać.

Twarz zakryła dłońmi i westchnęła.

 

 

Wojtek siedział w przy stole w kuchni. Mieszkał w dalszym ciągu u swojego kolegi. Wizyta w restauracji celem konsumpcji pacyficznych ostryg rozbudziła jego zmysły i smaki. Narodziło się w jego głowie szalone marzenie dotyczące gotowania. Zaraz po tym wydarzeniu zarejestrował się w urzędzie pracy i nawet dostał zasiłek dla bezrobotnych, ponieważ został zwolniony przez pracodawcę. Podreperowało to w minimalnym stopniu jego budżet. Wojtek uznał to za dobry znak. Wraz z mocniejszym, wiosennym słońcem jego samopoczucie uległo minimalnej poprawie. Nie mógł jednak myśleć o swoim doszczętnie zniszczonym mieszkaniu, ponieważ stan apatii powracał. Jakaś siła pchała go ku gotowaniu. Nie pracował w ciągu dnia, więc miał dużo wolnego czasu. Jego kolega był zadowolony, ponieważ mógł zjadać smaczne posiłki, a nie musiał ich sam przyrządzać. Wojtek choć w taki sposób był w stanie odwdzięczyć się za dach nad głową. Wyszukiwał w starej książce kucharskiej, którą znalazł w jednej z szafek przepisy na tradycyjne polskie dania.

— Dobra, bierzemy się za ciebie schabie — powiedział do kawałka kotleta z kością.

Musiał go pokroić i rozrąbać.

— Z kostką kotlet jest najsmaczniejszy, mmm…— rozmarzył się Wojtek i ślinka mu pociekła na samą myśl o potrawie.

— Do tego czosnek, kurczę, czy ja kupiłem czosnek? — zastanawiał się. Odłożył ostry nóż na kuchenny blat i zaczął szukać w szafce pod zlewem czosnku.

— Ziemniaki, cebula, marchewka, pietruszka — wyliczał, przekładając w plastikowym wiaderku warzywa. — O jest! — ucieszył się.

Obrał kilka ząbków z łupinek i przecisnął przez metalową wyciskarkę. Potem naciął mięso na cztery mniej więcej równe kawałki, a następnie rąbnął tasakiem, aby oddzielić od siebie porcje kości. Nasmarował czosnkiem mięso i zaczął je ubijać. Od kości w zewnętrzną stronę. Pamiętał, jak babcia mu tłumaczyła, w jaki sposób to robić.

— No, teraz do lodówki — oświadczył i przykrył swoje kulinarne dzieło na talerzu ściereczką. Do przygotowania została jeszcze kapusta zasmażana i zupa pomidorowa.

Gdy tak gotował myślał tylko o danej chwili. Był spokojny i uśmiechał się szczerze pierwszy raz od bardzo długiego czasu. Może w życiu jest tak, że wydarzenia nie dzieją się bez określonej przyczyny, nawet te zdawać by się mogło najbardziej traumatyczne.

 

 

— Na następny raz jeszcze ogarniesz te pięćdziesiąt słówek — powiedział Szymon do swojej uczennicy, wręczając jej zadrukowaną kartkę.

Agatka zmierzyła go tęsknym spojrzeniem. Bardzo lubiła się uczyć z Szymonem, jednak bardziej, niż zdolności językowe, interesowały ją inne zalety młodego nauczyciela. Podkochiwała się w nim.

— Myśli Pan, że zdam ten egzamin? — zagadnęła, robiąc maślane oczy.

Była niska, miała długie, miodowe włosy. Zawsze, gdy przychodziła do Szymona rozpuszczała je. Na okrągłej buzi świeciły się, jak dwa węgielki jej brązowe oczy. Policzki rumieniły się niczym brzoskwinie połechtane promieniami słońca. Oczywiście słońcem dla Agatki był Szymon.

— Na bank! Bardzo pilnie się uczysz. Sam się nawet zastanawiam, czy potrzebne są ci jeszcze korepetycje? — odparł, wstając od stołu w kuchni, gdzie się razem uczyli. Sięgnął bo butelkę wody mineralnej.

— Napijesz się czegoś jeszcze? — zagadnął do dziewczyny.

— Tak, soku, jeżeli pan ma — poprosiła, ponieważ chciała przedłużyć choć o kilka minut wspólnie spędzany czas.

— Do matury zostało dwa miesiące. Według mnie powinnaś teraz już odpoczywać. Jesteś ewenementem na skalę chyba całej Polski,   ponieważ cały materiał opanowałaś perfekcyjnie. Ja uczyłem się do matury dopiero, jak zaczynały kwitnąć kasztany, hehe — przypomniał sobie swoją maturę Szymon.

— Rodzice chcą, żebym dostała się na prawo — oznajmiła Agatka, a jej głosy zmienił barwę z wesołego na smutny.

Ucho Szymona w lot wychwyciło ten drobny niuans.

— Ulala, skąd ja to znam — wtrącił.

— Powinnam przejąć po nich kancelarię, wtedy będą spokojni o moją przyszłość. Docelowo moje studia mają się odbyć na Uniwersytecie Jagiellońskim. Muszę mieć jak najwyższą średnią, jak najlepsze oceny i dużo szczęścia, żeby się tam dostać, choć tata mi zapowiedział, że tam będę studiować, więc zapewne uruchomił swoje znajomości — opowiadała z narastającym żalem.

— A ty tam nie chcesz iść, prawda? — zapytał krótko, podając jej sok. Usiadł na krześle, trzymają swoją szklankę z wodą.

— Nie chcę. Prawo jest dla mnie nudne, jak flaki z olejem — przyznała szczerze.

— Wiesz, czego nie chcesz. A to ogromny plus. Wielu młodych ludzi nie wie zupełnie czego chce od życia , a nawet tego, czego nie chce. Żyją z dnia na dzień w myśl myśli: dałeś Boże dzień, to daj i noc, a reszta sama się jakoś ułoży. Z tym, że jakoś nie oznacza niczego konkretnego. Jesteś bardzo bystra, mądra, co byś chciała w życiu robić? — zagadnął.

— Kocham zwierzęta. Marzę o studiowaniu weterynarii — powiedziała.

— A, no to faktycznie rozbieżne z marzeniami taty, co? — stwierdził Szymon i puścił do niej oko. Jej policzki jeszcze bardziej się zarumieniły. Była niezwykle wrażliwą dziewczyną, ale też i uległą. Zdanie taty było w domu świętsze od najświętszego sakramentu w tabernakulum.

— Nie docierają moje prośby i tłumaczenia. Mam być prawnikiem — odparła z bolącym sercem.

— W sumie to jesteś trzymana, jak w malowanej klatce ptak. Nie możesz polecieć wysoko do chmur — wysnuł refleksję.

— Co by pan zrobił na moim miejscu? — zapytała z nadzieją, że uzyska jakąś rozsądną poradę.

Szymon patrzył chwilę na nią, potem przeniósł wzrok na szklankę z wodą, przypominając sobie swoją sytuację z ojcem i powtórnie popatrzył w jej naiwne, jeszcze dziecięce oczy.

— Zbuntowałbym się — poradził i wypił resztę wody ze szklanki.

— Ale, przecież nie mogę. Ojciec by mnie chyba z domu wyrzucił — przestraszyła się wizji, która momentalnie narodziła się w jej głowie.

— To będziesz prawnikiem — odparł Szymon. Był szczery, konkretny i rzadko, kiedy owijał w bawełnę.

Naga prawda uświadomiła Agatce okoliczności, w których teraz tkwiła. Córka szanowanych prawników, bardzo zdolna, mądra, śliczna i dobrze wychowana do spełniania marzeń i ambicji swoich rodziców.

— Dziękuję za korepetycje, za pana czas, już więcej chyba się nie pojawię — powiedziała, wstając od stołu.

— Ale, dlaczego …? Przecież zapisałem cię na następny tydzień. Powiedziałem coś nie tak? — zapytał zdezorientowany Szymon.

Dziewczyna przyłożyła rękę do czoła w geście zastanowienia.

— Nie, być może mnie pan uratował. Dziękuję — odpowiedziała i pocałowała Szymona w usta. Zaskoczony mężczyzna próbował ją od siebie odciągnąć, ale ona sama szybciej odeszła. Odwróciła się na pięcie i wybiegła z kuchni.

— Agatka, co ci się stało?! — zawołał za nią, ale usłyszał tylko trzask zamykanych drzwi.

— Cholera jasna, trzeba było się nie odzywać. Żeby tylko teraz jakaś afera z tego nie powstała — stwierdził Szymon z obawą.

Rozpromienił się jednak, gdy popatrzył na zegar. Za cztery godziny miał się spotkać z Weroniką.

 

 

 

Marta siedziała przy łóżku Natalki i trzymała ją za rękę. Dziewczyna nie mogła dojść do siebie po tym, co ją spotkało, a jej mama nie mogła uwierzyć, że nic wcześniej u córki nie zauważyła. Marta czuła się winna tej sytuacji i dalej była zagniewana. Tym razem na siebie.

— Dziecko drogie, czemu mi wcześniej nic nie powiedziałaś? — pytała córkę bardzo spokojnie. W pokoju było cicho i ciepło. Przez okno wpadał cień rzucany przez brzozę, która rosła na podwórku przed kamienicą.

Obok łóżka stał regał w kolorze jasnego, sosnowego drewna, na którym znajdowały się książki. Dalej biurko, szafa na ubrania i niewielka komoda. Pomieszczenie było pomalowane na beżowy kolor. Na nocnej szafce Marta położyła talerz z rosołem, ale jej córka nie miała ochoty nic jeść. Kobieta wmusiła w nią kilka łyżek zupy.

— Myślałam, że nikt się nie dowie i zapomnę o wszystkim — wymówiła dziewczyna przez zaciśnięte gardło.

Marta przymknęła z żalu powieki. Wyobrażała sobie, jak bardzo jej córka musiała się bać.

— Bałam się twojej reakcji, dlatego milczałam mamo — udzieliła potwierdzenia myślom Marty.

— Poza tym przez ostatni czas z tatą kłóciliście się bez przerwy. Byłabym dodatkowym kłopotem. Przecież uważaliśmy z Kacprem. Nie wiem, jak to się mogło stać? — powiedziała, a po tych słowach poleciały jej kolejny raz łzy z oczu.

Marta zacisnęła zęby. Miała ochotę udusić tego chłopaka za to, co zrobił jej córce. Była przeciwna znajomości Natalki z nim. Był starszy o pięć lat. Obracał się w nieciekawym towarzystwie. Marta podejrzewała go o to, że bierze narkotyki, jednak tłumaczenia i prośby nie zdały się na nic. Natalka nie posłuchała mamy, tylko swojego serca.

— Wiem, że przechodzimy wszyscy trudny czas, ale to, co zrobiłaś i co się z tobą działo, jest ważniejsze od wszystkiego. Zrozum, tutaj chodzi o twoje życie i zdrowie, a najbardziej o zdrowie psychiczne! — uniosła się Marta.

— Ten lekarz powiedział, że nic nie poczuję i nie będzie żadnych śladów usunięcia ciąży — przyznała dziewczyna.

— Boże mój dziecko…. — westchnęła z przerażeniem Marta. Twarz ukryła w dłoniach.

— Sprawę zgłosimy na policję. Ta aborcja została przeprowadzona nielegalnie, niedokładnie z narażeniem twojego zdrowia. I to, że do niej doszło jest moją największą w życiu porażką … — oznajmiła Marta i rozpłakała się.

W tym samym momencie usłyszały dzwonek do drzwi.

— To tata — wyszeptała Natalka.

— Przecież są drzwi otwarte, zapomniał, jak się wchodzi do własnego domu! Łajdak jeden!!! — kobieta zezłościła się, jak to miała w zwyczaju zawsze wtedy, kiedy się bała i kiedy sytuacja ją przerastała. Tak działo się bardzo często. Krzyk u Marty to była reakcja obronna, niestety, ale tylko tak umiała funkcjonować.

Podniosła się z łóżka córki i poszła do przedpokoju.

— Zdążyłeś już wyrzucić klucze? — zapytała ze złością, otwierając drzwi Markowi.

— Dzień dobry — odparł łagodnie mężczyzna.

— Niestety nie dobry. Może dla ciebie i twojej nowej lali, ale nie dla naszego dziecka. Zobacz, do czego doprowadziliśmy! — wylewała swoje żale na męża, który stał w drzwiach. Nie przejęła się nawet, że klatką schodziła z góry sąsiadka.

— Może porozmawiamy w środku — zaproponował przejęty Marek.

— Pierdolę to, gdzie będziemy rozmawiać. Już mi jest wszystko jedno po tym, co się stało — zaczęła złorzeczyć Marta.

Marek złapał Martę za ramiona i wepchnął ją na siłę do mieszkania, zamykając za sobą drzwi.

— Odbiorę ci Natalkę, jak się nie zmienisz albo zawiozę cię na oddział zamknięty na Babińskiego do psychiatryka. Uspokoisz się w końcu?! Tak czy nie? — zapytał, trzymając ją w dalszym ciągu za ramiona.

— To mnie boli, puść, auuu…! — próbowała się wyswobodzić z mocnego uścisku męża.

— Mnie też bolą twoje słowa, bolały przez całe życie właśnie tak mocno. Idź leczyć swoje nerwice do lekarza, a przestań się wyżywać na bliskich osobach! — odparł półgłosem Marek.

— Nie jesteś już bliską mi osobą — zaprotestowała Marta.

— Jestem, mamy razem Natalkę i to się nie zmieni   do końca twojego i mojego życia — oświadczył Marek.

— Zostawiłeś mnie samą, a ja dla ciebie poświęciłam najlepsze lata mojego życia. Zrezygnowałam z wszystkiego, co kochałam, żebyś mógł robić karierę, a teraz zostałam z niczym. Mam tylko Natalkę i ją też chcesz mi zabrać? — zapytała przez łzy.

Marek popatrzył na żonę bezradnie. Czuł, że przegrał. Nie udało mu się jej pomóc. Przestał próbować i uciekł w objęcia innej kobiety. Z jednej strony zachował się, jak tchórz, ale brakło mi sił do ciągłego znoszenia awantur, kłótni, obwiniania go o wszystko i pretensji.

— Uspokój się — poprosił.

— Teraz musimy zająć się naszym dzieckiem. Słyszysz! — dodał stanowczo i potrząsnął kilka razy ciałem Marty.

Jego intencja , którą przekazał za pomocą mowy werbalnej, ale przede wszystkim niewerbalnej pomogła. Marta, jakby oprzytomniała. Zwolnił ją z uścisku. Ona powoli podniosła na niego oczy. Zaplotła ramiona na brzuchu.

— W szpitalu mi powiedzieli, że trzeba Natalce znaleźć psychologa. Mnie to przerosło. Boję się o nią. Popełniliśmy błąd i to ogromny. Gdzie? Nie wiem, gdzie…. Jeszcze sprawę trzeba zgłosić na policję. Ten lekarz, który przeprowadził zabieg, zrobił to nielegalnie, bez naszej wiedzy i zgody. Ona jest nieletnia— powiedziała załamana.

— Spokojnie. Zajmę się tym. Znajdę lekarza, umówię Natalkę i ciebie też — zapewnił Marek.

— Dziękuję — wyszeptała cicho Marta.

— Mogę zobaczyć Natalkę? Ona chce ze mną się widzieć? — zapytał.

— Tak, idź do niej. Jest w swoim pokoju. Poproś ją, żeby zjadła cokolwiek, bo w innym wypadku opadnie z sił — odparła i skierowała kroki do kuchni. Na blacie leżały papierosy. Roztrzęsionymi rękami   sięgnęła po paczkę.

 

 

Weronika zaparkowała samochód przy Starym Kleparzu w centrum Krakowa.

Stąd kilkaset metrów dzieliło ją od jazzowego baru, w którym umówiła się z Szymonem. Na płytki chodnikowe opadły delikatnie czerwone szpilki, które zdecydowała się dzisiaj założyć. Zanim wyszła z pojazdu poprawiła jeszcze błyszczykiem usta. Miała na sobie niebieskie dżinsy i kremowy, wiosenny płaszczyk. Rozpuściła włosy, ale wcześniej je trochę pokręciła. Zrezygnowała z noszenia czarnego koloru na znak żałoby po siostrze. Wystarczająco przeżyła tę śmierć, a czarny kolor przypominał jej o tym, co się tak niespodziewanie wydarzyło.

Spojrzała na swój złoty zegarek, który wskazywał osiemnastą.

— Trochę się spóźnię — oceniła i schowała do małej, czerwonej kopertówki błyszczyk.

Zamknęła samochód i ruszyła chodnikiem w kierunku Rynku Głównego. Stary Kleparz to najstarsze, działające targowisko w Krakowie. Usytuowany jest między kilkupiętrowymi kamienicami. Owoce, warzywa, jaja, wędliny, kapcie i torebki można zakupić w tym miejscu. Niewątpliwie to plac targowy z tradycjami i charakterem. Weronika często robiła na nim zakupy, gdy przyjeżdżała do centrum, dzisiaj jednak nie miała tego w planach. Była ciekawa spotkania, na które się umówiła.

Przeszła kilkadziesiąt metrów wzdłuż ulicy przy Kleparzu i minęła przystanek tramwajowy. Na przejściu dla pieszych zatrzymało ją czerwone światło. Zaraz po drugiej stronie torowiska krakowskie Planty rozkwitały wiosną w całej swoje okazałości. Drzewa, krzewy i trawa nabierały soczystego odcienia zieleni. Między konarami, na których rozwijały się młode liście i kwiaty, błyszczały promienie złotego słońca. Ludzie przemieszczali się licznie alejkami na Plantach. Weronika przeszła na drugą stronę jezdni i znalazła się na ulicy Sławkowskiej, która w prostej linii prowadziła do rynku, ale kobieta zatrzymała się przy pierwszej przecznicy. To tam się umówiła. Od zewnątrz lokal był przeszklony. Widać było, że na stolikach palą się małe świeczki.

— Klimatycznie — wyszeptała pod nosem i pchnęła drzwi wejściowe.

Zdecydowanie wewnątrz było cieplej, niż na dworze. Rozglądnęła się dookoła w poszukiwaniu Szymona. Po kilku chwilach dostrzegła go przy barze. Siedział na wysokim stołku i przyglądał się jej w skupieniu. Spostrzegł ją już, gdy wchodziła.

— Cześć — powiedziała z odrobiną zmieszania, kiedy znalazła się z nim twarzą w twarz.

— Cześć — odparł i z zachwytem przyglądał się jej błyszczącym, czerwonym ustom.

— Tutaj będziemy siedzieć? Przy barze? — zagadnęła.

— Jak wolisz — odparł.

— Wolę tam — wskazała wzrokiem na stolik w rogu sali.

— Oczywiście — zgodził się.

Zaraz też usiedli naprzeciwko siebie w wygodnych, czarnych fotelach. Na ich twarze padało światło z palącej się świecy.

— Na co masz ochotę? — zapytał.

— Sama nie wiem — odpowiedziała w namyśle.

Zaraz też pojawił się młody chłopak z takim samym zapytaniem.

— Co państwu podać? — usłyszeli od kelnera.

— Dla mnie piwo z butelki to, które polecacie w karcie, a dla tej pięknej pani… — nie dokończył i skierował pytające spojrzenie w stronę Weroniki.

— Poproszę herbatę z cytryną, na razie tyle, dziękuję — zdecydowała się.

— Dobrze, dziękuję — młodzieniec, jak szybko się pojawił, tak też prędko zniknął.

— Jesteś identyczna, jak siostra. Bardzo żałuję, że nie było mi dane spędzić z nią więcej czasu — powiedział Szymon.

— Była wspaniałą osobą — odpowiedziała Weronika, ściągając płaszczyk. Szymon poderwał się z fotela, żeby jej pomóc, ale kobieta zrobiła to na tyle sprawnie, że jego pomoc okazała się niepotrzebna. Odwiesił tylko go na wieszak obok.

— Powiedz mi, czemu chciałaś się ze mną spotkać? — zapytał wprost.

— Żebyś mi opowiedział o ostatnich chwilach jej życia — odrzekła zdecydowanie.

— Heh…. — westchnął.

— To naprawdę nie było przyjemne, mogę ci opowiedzieć, jeżeli będziesz nalegała, ale dla mnie to nie jest miły temat do rozmowy. Niechcący stałem się świadkiem śmierci młodej, pięknej kobiety. Do teraz zadaję sobie pytanie, dlaczego tak się stało? I nie wiem. Nie potrafię tego zrozumieć — przyznał.

— Ja też. Julia wybrała się na ten wyjazd z okazji urodzin. Zerwała z chłopakiem, ja nawet bałam się, że jest załamana z tego powodu. Miałam takie myśli, że poszła w te góry celowo coś sobie zrobić i jej się to udało. W dzieciństwie leczyła się psychiatrycznie. Miała lęki i nerwicę. To przez wypadek, jaki się wydarzył. Gdy byłyśmy bardzo małe ona wpadła do studni. Cudem ją uratowali. Od tamtej pory rozpoczęła się trauma jej i naszej rodziny. Cierpiała na napady paniki w zamkniętych pomieszczeniach, męczyły ją koszmary. Walczyła z tym poprzez wycieczki w góry. Oswajała strach przed wysokością i dobrze się czuła na otwartej przestrzeni. Pokochała górskie wprawy. Nie przypuszczała chyba nigdy w życiu, że tak się może zakończyć jedna z nich — opowiadała Weronika.

— Nie powiedziałbym tego o niej. Odebrałem ją jako odważną kobietę, nawet bardzo. To tego miała niesamowitą wiedzę o tym, co trzeba robić, czego nie wolno… — tłumaczył.

— Cierpiała? — Weronika zapytała, spoglądając głęboko w oczy Szymona.

Dobrze się czuła w jego obecności, bardzo swobodnie.

— Nie wiem, myślę, że nie… — nieco jego głos zadrżał przy tej odpowiedzi.

— Prawdę mi powiedz, proszę — wyszeptała.

— Krótko się męczyła — odparł, spuszczając wzrok.

Wiedział, że ta rozmowa przykrość sprawi zarówno Weronice, jak i jemu.

— Może zostaw to, co się wydarzyło w przeszłości, nie rozgrzebuj na nowo. Po co sobie zadawać ból? — zastanawiał się.

— Pewnie masz rację — zgodziła się.

W tym samym momencie kelner przyniósł piwo i herbatę.

— Dziękuję — powiedział Szymon.

— Lubisz to miejsce? — zapytała Weronika, słodząc herbatę.

— Średnio. Wolę inne w Krakowie — stwierdził.

— To dlaczego zaproponowałeś tutaj spotkanie? — dociekała.

— Podają smaczna earl grey, dobre piwo i panuje przyjemny półmrok. Na pierwszy raz w sam raz — wytłumaczył, puszczając do niej oko.

Uśmiechnęła się szeroko na taką argumentację.

— Jesteś bardzo piękną kobietą Weroniką. Zaintrygowałaś mnie w momencie, gdy cię zobaczyłem. Powiedz mi, czemu jesteś smutna? —   zapytał bez ogródek.

— Słucham? — zdziwiła się.

— Jesteś smutna. Twoje usta się uśmiechają, ale oczy mówią, co innego— ocenił.

— Hmm…. jesteś aktorem czy psychologiem? — zaciekawiła się.

— Jednym i drugim, ale na psychologa nie mam dyplomu. Trochę się jednak znam na ludziach. Jeszcze korepetycji udzielam z angielskiego, gdybyś potrzebowała — wtrącił.

— Bardziej chyba psychologa mi potrzeba. Angielski znam dobrze, dziękuję —przyznała.

— A jednak — powiedział i wypił łyk piwa z kufla.

Weronika spuściła wzrok i głowę w dół. Poczuła zakłopotanie. Ten mężczyzna rozszyfrował ją w lot. Teraz żałowała, że tutaj przyszła. Czuła się idiotycznie. Niby chciała porozmawiać o siostrze, ale tak naprawdę chodziło o coś zupełnie innego.

— Problemy z mężem? — rzucił hasło Szymon.

Weronika spojrzała w twarz tego prawie obcego dla niej mężczyzny. Tak niewiele o nim wiedziała, praktycznie nic. Jej siostra umarła w jego ramionach, był aktorem, udzielał korepetycji, uśmiechał się do niej szczerze i miał takie miłe spojrzenie. Czuła, że chce być w zasięgu jego wzroku. Spojrzała mimochodem na dłonie Szymona, potem zatrzymała się na ułamek sekundy przy jego ustach. Kilkudniowy zarost dodawał mu zawadiackiego uroku. Oczy miał śmiejące się, trochę kapryśne, błyszczące. Ubrany był w brązowe spodnie i błękitna koszulę, na jakiej tle odbijała się barwa jego oczu i włosów.

— Ty jesteś bardzo przystojny — odważyła się na wyznanie.

— A ty jesteś mężatką — zauważył z minimalnym uśmiechem.

— A ty nie masz żony — stwierdziła.

— Jeszcze jej nie spotkałem — odbił piłeczkę, nachylając minimalnie ciało w jej kierunku.

— To wszystko przed tobą — odparła.

— Jeszcze tak — przyznał zaintrygowany rozwijającą się dyskusją.

Weronika poczuła, że zaczyna się rumienić na policzkach. Dotarło do niej teraz, co ten mężczyzna mógł sobie o niej pomyśleć. Oczywiście nie wiedziała tego, tylko przypuszczała na podstawie własnych opinii i osadów, które miała w głowie.

— Chyba się czuję niezręcznie teraz — oznajmiła.

— Krępuję cię w jakiś sposób? — zadał dosyć figlarne pytanie.

— Sama siebie teraz skrępowałam. Miałam rozmawiać o siostrze, a wyszło zupełnie coś innego, dziwnego. Chyba czas się pożegnać — oszacowała swoje siły na nieokreślone do nich zamiary.

— Nie sądzę… — poddał w wątpliwość jej sugestię.

— Słucham? — zapytała.

— Po coś mnie spotkałaś chyba. Lubisz wino? — zaciekawił się.

— Lubię— przyznała.

— To dopij herbatę i zabiorę cię do miejsca numer dwa, a raczej osiem. Zresztą nieważne, jaki numerek. Ważne, żebyś się rozluźniła, jesteś spięta, jak struna. Aż mi żal patrzyć, jak się męczysz! — powiedział bardzo poważnie.

— Kiedy nie mogę pić, przyjechałam samochodem — zaprotestowała.

— Zrobiłaś coś kiedyś wbrew swojej woli? — zapytał.

Weronika zmarszczyła czoło. Zastanawiała się.

— Rzadko cokolwiek robisz wbrew swojej woli. Zazwyczaj jesteś posłuszna mężowi. Robisz to, co on ci zasugeruje. Złości się na ciebie, gdy wychodzisz ze znajomymi albo zaczynasz robić coś na własną rękę. Musi mieć wszystko pod kontrolą, ciebie przede wszystkim. Masz być piękna, jesteś nawet powyżej jego oczekiwać — zachwycił się.

— Do tego ugrzeczniona, elegancka, spokojna, łagodna, miła w łóżku … — wyliczał.

Weronika zgłupiała. Nie wiedziała, czy ma wyjść, czy słuchać dalej.

— Chyba przesadzasz… — powiedziała w końcu.

— Czyżby? To, dlaczego zdecydowałaś się na spotkanie ze mną kotku? Wyglądasz, jak milion dolarów. Każdy facet zjada cię w tym klubie oczami. Gdybyś była szczęśliwa ze swoim facetem, wyszłabyś na spotkanie z innym? — zapytał wprost.

To był nokaut dla Weroniki, a Szymon znokautował się sam też przy okazji. Kobieta spokojnie wstała, wyciągnęła z torebki banknot i zostawiła go na stole.

— Hej, ale co ty robisz? — zapytał zdezorientowany Szymon.

— Wracam do domu — odparła, zakładając płaszcz.

— Ale, dlaczego? Uraziłem cię? — zastanawiał się.

— Tak, jakby trochę…. — odpowiedziała znacznie rozzłoszczona.

— Ale przecież powiedziałem prawdę, czyż nie? — powiedział, chwytając ją za rękę w geście zatrzymania jej jeszcze na krótką chwilę.

— Proszę puść mnie — powiedziała cicho, ale stanowczo.

— Przepraszam, nie chciałem — tłumaczył.

— Prawda w oczy kole, jednak to prawda — odpowiedziała i odeszła.

Czuła się, jak idiotka. Prawie uciekła z tego klubu jazzowego. Gdy wyszła z lokalu i   wtopiła się w tłum ludzi. Prędko dostała się na Planty. Tam znalazła na uboczu od głównej alejki ławkę, zaraz przy fontannie. Usiadła na niej i zaczęła głęboko oddychać tak, jak to było w zaleceniach na relaksacyjnej płycie.

— Wydycham negatywne uczucia, a wdycham spokój — powtarzała sobie powoli półgłosem. Zamknęła przy tym oczy.

— Raz wydycham, dwa wdycham. Moje ciało napełnia się spokojem i błogością. problemy odchodzą— opisywała swoje myśli.

— Aaaaa!!! — podskoczyła na ławce, gdy poczuła, że ktoś złapał ją za ramię.

— Jezus Maria, oszalałeś! — powiedziała z wyrzutem do Szymona, który to przysiadł się na ławkę.

— Nie oszalałem, ale cię śledziłem — przyznał.

— Niepotrzebnie — odburknęła.

— Uspokój się i oddychaj. Jeszcze piękniej wyglądasz z zamkniętymi oczami. Ten twój mąż, to jakiś ślepy chyba jest, że zaniedbuje taką piękną kobietę. Ja nie pozwoliłbym nigdy, żebyś była smutna — oświadczył i zamilknął. Weronika też nic nie odpowiedziała na takie wyznanie. Przyglądała się mu tylko ze smutkiem, żalem i nadzieją. Jej dolna warga zaczęła drżeć. Przygryzła ją. Dystans pomiędzy nimi zaczął się diametralnie skracać. Wokół śpiewały ptaki, od ulicy Basztowej dochodził dźwięk dzwonka tramwaju, którego kierowca nagle musiał zahamować. Zaraz potem rozległ się klakson samochodu. Jednak te hałasy odbijały się od energii, w której teraz znajdowali się Szymon i Weronika.

On zbliżył usta do jej warg, ale zanim je pocałował, objął prawą dłonią jej podbródek.

Weronika poddawała się tej pieszczocie bez najmniejszej wątpliwości z niekłamaną ekscytacją. Robiła coś zdecydowanie wbrew konwenansom, ale zgodnie ze swoim pragnieniem. Miękkość, lekkość, delikatność, ciekawość, rozkosz i słodycz, tego doświadczyli przy zetknięciu warg. Szymon zamknął jej usta w swoich. Ich języki spotkały się bardzo ostrożnie rozpoznając swój smak. Po tym jednym pocałunku Szymon przysunął Weronikę do siebie. Przytrzymał ręką jej kark, ponieważ jej głowa opadała bezwładnie. Była niemal oczarowana tym, co się wydarzyło przed chwilą.

— Nie przestawaj — poprosiła, rozchylając wargi, niczym spragniony nektaru motyl.

Szymon odpowiadał na jej sygnały błyskawicznie, jakby w jego oczach znajdował się rentgen.

— Zostań u mnie na noc — wyszeptał, przerywając miłosną grę, którą rozpoczęli.

Weronika spojrzała na niego przestraszona.

— Jesteś bezpieczna. Wiem, czego potrzebujesz kochanie — zapewnił, obejmując ją ramionami.

Tak, zdecydowanie go potrzebowała. Tego prawie nieznajomego mężczyzny, który znał ją lepiej, niż ona sama.

— Możesz być spokojna, że potem wykasuję twój numer, jeżeli będziesz tego chciała — wtrącił.

— A jak nie będę chciała? — zapytała na przekór.

— To nie — odparł z przebiegłym uśmiechem.

Weronika poprawiła trochę rozmierzwione włosy. Miała wrażenie, że jej głowa zaraz wybuchnie od myśli i emocji. Słyszała o kobietach, które uprawiają seks na pierwszej randce. Niepochlebnie o nich myślała. Koniec końców ona nawet nie była umówiona na randkę. Starała się odsuwać jak najdalej głos sumienia od swojej świadomości.

— Idziemy pieszo, czy jedziemy samochodem do mnie. Mieszkam w Podgórzu? — zapytał Szymon.

— Jedziemy, niedaleko mam samochód — odpowiedziała bez namysłu.

Miała wrażenie, że zwariowała. Kompletnie nie kontrolowała tego, co robiła. Przebiegła jej nawet taka myśl przez głowę, że ktoś jej coś dosypał do herbaty, ale przecież czuła. Wiedziała, gdzie jest. Była w stanie chodzić, mówić. Pragnęła jak najszybciej znaleźć z tym mężczyzną w łóżku bez względu na konsekwencje. W ciągu kilku minut dotarli na Stary Kleparz, gdzie Weronika miała zaparkowany samochód. Wsiedli do niego obydwoje. Weronika zapięła pas i wrzuciła wsteczny bieg, Szymon położył rękę na jej kolanie. Zanim odjechała, wpił się ustami w jej szyję. Przemknął językiem po dekolcie. Weronika przymknęła powieki, w głowie się jej zakręciło, z trudem łapała powietrze w płuca od narastającego pożądania.

 

 

Wojtek siedział na balkonie ze swoim kolegą Pawłem. Co prawda, ledwo się na tym małym balkonie mieścili, ale nie przeszkadzało im to. Pili piwo i rozmawiali o przysłowiowych głupotach. Spoglądali na kawałek trawnika, gdzie dzieci grały w piłkę.

— Zajebistą tę kapustę przyjacielu zapodałeś. Zaraz sobie jeszcze odgrzeję i zjem ze smakiem — oświadczył Paweł. Był bardzo szczupłym i wysokim szatynem. Właściwie, to był łysy. Nosił dresowe spodnie i luźne bluzy. Dzisiaj ze względu na ciepłą aurę miał założony podkoszulek.

— A jak na nas zadzwonią do straży miejskiej sąsiedzi? — zmartwił się Wojtek, przekładając na metalowym, małym grillu kiełbaski.

— Coś ty. Same ziomki tutaj mieszkają. Często grillujemy — uspokoił Paweł.

— Do kapusty kiełbasa podejdzie i do piwa też! — stwierdził z radością znacznie podchmielony już Wojtek.

— To może się zatrudnisz gdzieś jako kucharz. Ty dobrze gotujesz — zasugerował Paweł.

— Tak właśnie myślałem, że tak zrobię — potwierdził Wojtek.

— I git, to wypijmy za to, że jesteś już zajebistym kucharzem! Jak ta kapusta zasmażana, co dzisiaj zaczyniłeś — wzniósł puszką piwa   bardzo szczery toast Paweł.

— Tak jest — przyznał Wojtek.

— Wierzę w ciebie. Kurde, los się w końcu odmieni zobaczysz. Nie może być cały czas do bani. Jeszcze będzie pięknie Wojtuś — zapewnił Paweł.

— Dzięki, że mnie przygarnąłeś — odparł Wojtek.

— Bo w biedzie się poznaje przyjaciół, czy jakoś tak — skwitował Paweł i puścił oko do Wojtka.

— Tak, jakoś tak. Już kiełbasę można jeść, doszła. Tylko keczupu jeszcze i kawałek chleba podajże — poprosił Wojtek.

Siedzieli razem na balkonie w jednym z nowohuckich bloków. Wojtek – bankrut, praktycznie bezdomny i bezrobotny, jednak miał przy sobie osobę, która mocno w niego wierzyła. Miał przyjaciela, który pomógł mu w biedzie, a to więcej, jak wygrana na loterii.

Dzisiaj byli szczęśliwi. Jedli kiełbasę z grilla, kapustę zasmażaną i pili piwo. Śmiali się z głupot i cieszyli się wiosną. Wojtek czuł, że z czasem ułoży się w jego życiu.

 

 

Marta zasypiała dzisiaj   z Natalką. Tak bardzo chciała zawrócić czas. Naprawić wszystkie swoje błędy, niestety byłoby to bardzo trudne, ponieważ na ten moment nie wiedziała nawet, gdzie je popełniła.

Trzymała w rękach różaniec i modliła się gorąco. Natalka spała spokojnie. Marta omadlała tę zabitą, nienarodzoną istotę, jak i swoje, poranione i okaleczone dziecko.

— Boże wybacz jej, bo nie wiedziała, co robi. Wybacz mi, że tego nie zauważyłam, że nie rozpoznałam, że byłam taka ślepa na to, co działo się z Natalką. Proszę okaż mi swoje miłosierdzie, ześlij mi opamiętanie, wiesz, że ja nie radzę sobie ze sobą. Nie potrafię, nie umiem. Uratuj… — po tych ostatnich słowach zasnęła. Do pokoju wpadało światło nocnej latarni.

 

 

— Jesteś pewna, że tego chcesz? — zapytał Szymon, rozpinając guziki białej bluzki Weroniki.

Znajdowali się w przedpokoju jego mieszkania. Całował przypartą do ściany Weronikę. Ciemności nocy rozpraszał blask księżycowej pełni, która wpraszała się przez okna.

— Tak — wyszeptała, zatapiając swoje palce w jego włosach.

Posadził ją na biodrach i zaniósł do sypialni. Położył na łóżku. Ściągnął z Weroniki bluzkę, stanik i dżinsy. Sam pozbył się koszuli.

— Robię to pierwszy raz w życiu z obcym mężczyzną — powiedziała, zanim Szymon ściągnął spodnie.

— Spokojnie kochanie, będzie cudownie, nie inaczej — zdążył wyszeptać do jej ucha, zanim wypełnił ją całym sobą.

— Auu… — jęknęła.

Weronika poczuła, że w głowie wybucha jej czerwień i powoli obejmuje całe jej ciało.

Wnikała w ten kolor razem z Szymonem i pragnęła, aby ta noc trwała wieczność.

 

 

Andrzej wrócił późno do domu po kolejnej kolacji z Pauliną. Szukał Weroniki po całym mieszkaniu, ale bezskutecznie. Jej telefon nie odpowiadał.