ROZDZIAŁ VI — Daj mi trochę twojego światła, prosto z serca, to mi wystarczy.

 

 

 

— Wypłynąłem na suchego przestwór oceanu, wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi, śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi, omijam koralowe ostrowy burzanu..

— Stop, stop, nie tak Szymon — zaprotestował reżyser, wstając z czerwonego fotela.

Był niski i gruby, liche, przyprószone mocno siwizną ciemne włosy spięte miał w kucyk, który kończył się na kołnierzu jasnej marynarki. Okulary w czarnych oprawkach opadały mu na nosie, gdyż spoglądał w scenariusz, gestykulując przy tym energicznie.

Szymon zdenerwował się na taką uwagę.

— Ale, przecież dobrze powiedziałem — zaoponował. Stał na scenie, oświetlał go blask promieniujący od złoceń, którymi ozdobione były balkony widowni.

— Masz być Mickiewiczem, czytałeś jego życiorys? — reżyser zapytał, spoglądając na Szymona niczym prokurator na przesłuchaniu.

— Trochę pokręcony był — odparł.

— On był nieprzeciętnie pokręcony! Dlatego stał się taką wielką jednostką w świecie literackim, artystycznym i zapisał się na kartach historii, jako patriota walczący o wolność Polski. Do tej sztuki przygotowywałem się całe życie, to będzie coś wspaniałego! Muszę pokazać wrażliwość tego człowieka, jego nieprzeciętny talent, jego pasję i miłość, którą darzył to, co robił. Szukam Mickiewicza z mojej wyobraźni, a ten fragment, który przed chwilą zarecytowałeś brzmi nie tak, jak ja go chcę słyszeć.   Poczuj to, wyobraź sobie jak wygląda burzan, przenieś się do tego krajobrazu. Widzisz tę łąkę, jak wysoka trawa delikatnie kołysze się poruszana frywolnym wiatrem? — Antoni zagadnął ogarnięty prawie, że ekstazą.

— Heh… — westchnął Szymon.

— Tak, wzdychaj, ale z zachwytem, z podziwem! Przecież to stepy akermańskie, nie pojmujesz tego? !!!! — mężczyzna ściągnął okulary i rozłożył bezradnie ręce.

— Muszę się wczuć w ten burzan — stwierdził Szymon.

— Gówno prawda, nie możesz się wczuć w burzan! Bo się pokłujesz! Burzan to osty, chwasty i łopiany! — grzmiał reżyser.

— Wczuj się w aksamitność wiatru, który pieści twoje policzki, jesteś teraz Mickiewiczem jadącym na wozie poprzez zieloność traw stepów akermańskich, one się rozciągają od Odessy do ujścia Dniestru przy Morzu Czarnym. To Ukraina jest Szymon! Poczuj to i recytuj jeszcze raz, tylko pamiętaj, że jesteś Mickiewiczem na wozie jadącym! — zaznaczył.

— Wypłynąłem na suchego przestwór oceanu, wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi, śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi, omijam koralowe ostrowy burzanu….— Szymon recytował wyobrażając sobie siebie na wozie jako narodowego wieszcza. Nie do końca jednak rozumiał zachwyt Mickiewicza na ostami i chwastami. Improwizował.

Antoni słuchał w skupieniu, trzymając wskazujący palec prawej dłoni na wysokości swojego serca. Wyłapywał każdy fałsz w brzemieniu słów Szymona, ponieważ szukał najwspanialszego Mickiewicza, którego ukochał w swojej wyobraźni.

 

 

— Matko coś ty narobiła, Weronika! Nie poznaję cię ! — przeraziła się Basia.

— Wiem, możesz na mnie teraz wiadro pomyj wylać. Otrzeźwienie przyszło po czasie — przyznała Weronika ze spuszczoną głową. W ręku trzymała kieliszek z winem.

Kobiety siedziały w salonie, przez otwarte drzwi tarasowe wpraszał się wiosenny wiatr, a przez okna, których było w tym pomieszczeniu bardzo dużo, przedostawało się dzienne światło pomieszane z nieśmiałymi promieniami słońca. Odbijały się one w bieli salonu. Meble, fotele, kanapa, nawet stół były w tym kolorze. Tylko zieleń doniczkowych kwiatów stanowiła kontrast dla tej chłodnej barwy. Basia była przyjaciółką Weroniki i mamą dwójki dzieci. Pracowała w banku, zajmowała się domem i miała bardzo mało wolnego czasu, ale zawsze znajdowała chwilę, żeby odwiedzić przyjaciółkę.

— To ryzykowne, a jak ten człowiek powie Andrzejowi, to, co zrobisz? — zapytała z ciekawością. Miała średniej długości włosy pofarbowane na kasztanowy kolor, mleczną cerę i bystre spojrzenie. Była dobrze zorganizowana i bardzo poukładana, wiedziała, czego chce od życia i dostawała to, jednak skromność i surowe wychowanie, które odebrała w domu, nie rozbudzały jej apetytu na posiadanie. Cieszyła się z tego, co ma.

— Nie pomyślałam o tym — przyznała Weronika.

— Mądry Polak po szkodzie, a jak przysłowie mówi to, przed szkodą i po szkodzie głupi. Nie obraź się, ale muszę ci to powiedzieć. Przewraca ci się w dupie — powiedziała bez ogródek Basia.

— Litości, moje sumienie już mi robi dostateczne wyrzuty — prosiła Weronika.

— Za dobrze masz w życiu, wiesz. Możesz sobie pozwolić na co tylko pragniesz, masz przystojnego męża, piękny dom, samochodów do wyboru i koloru, wakacje, ubrania, kosmetyczki. Możesz spełniać marzenia, dziewczyno! I tak ryzykujesz! Wiesz, że nie wolno czynić drugiemu, co tobie niemiłe?! — zapytała, wpatrując się karcąco w oczy przyjaciółki.

— Tak, wiem, moja wina, ale to nie było całkiem niemiłe. Miałam wrażenie, że mnie zaczarował, uwiódł…. — rozważała.

— Głowa siwieje, to dupa szaleje. Tak to ocenię — skwitowała Basia, popijając białe, wytrawne wino z kieliszka.

— Nie siwieję — zaprzeczyła Weronika.

— Sądząc po tym, co robisz z tą częścią ciała, na której siedzisz, mam wątpliwości moja droga — odparła z przebiegłym uśmiechem.

— Poważna jesteś — oceniła Weronika.

— Tak, wykład ci już moralizatorski zrobiłam, a teraz powiedz, czy był dobry w łóżku? — zagadnęła, puszczając oko.

— Ty małpo! Kopiesz leżącego! — zawołała Weronika i uszczypnęła koleżankę w ramię.

— Nie pochwalam ciebie, ale jestem ciekawa. Jak narobiłaś tylu głupot, to powiedz, czy choć warto było? — objaśniała.

— Z jednej strony tak, a z drugiej nie — oceniła Weronika.

— No masz… nie owijaj w bawełnę, tylko powiedz, jak było — zachęciła Basia zakładając nogę na nogę. Siedziały razem na białej, skórzanej, miękkiej sofie.

— Pierwszy raz zrobiłam taką „głupotę” cytując ciebie. Byłam ciekawa, chciałam spróbować, jak to jest z innym mężczyzną. Andrzej się oddala ode mnie, stale jest zajęty. Spotkania, służbowe kolacje, wyjazdy, mapy, plany, budowy — wyliczała.

— No i ..? — zagadnęła Basia.

— Po prostu oddalamy się, więzi się rozluźniają — oceniła.

— Tobie się nawet rozwiązały — zauważyła Basia.

— Nie wiem, czy on kogoś nie ma? — zaoponowała Weronika, próbując się usprawiedliwić.

— Słusznie zauważyłaś, nie wiesz tego. Natomiast wiesz, że teraz ty jesteś nieuczciwa — podsumowała Barbara.

— Tak, jest tak, jak mówisz. Po coś się to wydarzyło. Nie wiem, czy ja chcę być z Andrzejem. Nie możemy mieć dziecka, ja świruję już na tym punkcie, mam wręcz obsesję. Martwię się, płaczę…. nie wiem, czyja to jest wina…? — popatrzyła pytająco na przyjaciółkę.

— Czemu rozpatrujesz tę kwestię w kategoriach winy? — odparła Basia.

— Nie wiem.. — przyznała Weronika i zamyśliła się.

— No właśnie. Nie umiesz przyjmować czegoś, co nie jest zgodne z twoim zamysłem, a pamiętaj, że nie wszystko, co sobie zaplanujemy jest dla nas dobre — wytłumaczyła.

— Znaczy, że dziecko nie jest dla mnie dobre? — zapytała z przerażeniem Weronika.

— Spokojnie, kobieto, nie powiedziałam tego, ale ty musisz się nauczyć, że czasami nie możemy mieć wszystkiego, czego pragniemy — tłumaczyła Basia.

— Szymon zasugerował, że powinnam się zastanowić, czy chcę, żeby Andrzej był ojcem dziecka. Zdenerwowałam się na taką uwagę. To była taka krótka, a bardzo intensywna wymiana bolących refleksji. Po tym zajściu pożegnałam go. Przykro mi się zrobiło. Byłam zła na siebie, na niego, na Andrzeja, na Boga… — wymieniała Weronika.

— Na Boga? A za co? Proszę cię nie mieszaj w takie rzeczy Boga, zwłaszcza nie mieszaj Boga w skok na bok! — przestrzegła Barbara.

— Dobra, zmieńmy temat. To już było, nie ma. Postaram się wymazać z pamięci głupotę, do której dopuściłam — stwierdziła Weronika.

— Tutaj cię boli moja droga. Ja uważam, że właśnie nie powinnaś zmieniać tematu, tylko drążyć ten, dopóki nie dowiesz się, o co chodzi? Nawet taka głupota wydarzyła się nie bez przyczyny — zachęcała Basia.

— Heh…. nie, nie teraz, proszę. Opowiedz mi o twoich dzieciaczkach. Takie tematy są bardziej interesujące — poprosiła Weronika.

— Dla ciebie — uśmiechnęła się Basia.

— Wiem, ty masz przesyt — odpowiedziała Weronika, dolewając wina przyjaciółce.

W tym samym momencie usłyszeli dźwięk otwieranych w holu drzwi.

— Cześć, wróciłem już do domu! — zawołał Andrzej.

Kobiety popatrzyły na siebie porozumiewawczo, teraz do rozmowy pozostawały tylko neutralne tematy, między innymi o dzieciach. Basi i o pogodzie.

 

 

Marta wracała tramwajem z pracy do domu. Wsiadła na przystanku pod bińczyckim placem targowym. Miała ze sobą wiklinowy koszyk, w którym wiozła zakupy. Chciała dzisiaj przygotować dla Natalki pyszną kolację. Zaopatrzyła się też w bukiet czerwonych tulipanów. Po pracy odwiedziła Arkę Pana i grotę Matki Bożej, gdzie zaniosła kolejny raz prośby o odmianę swojego losu. Po wizytach w kościele zazwyczaj się uspokajała, ale niestety ten stan trwał do pierwszej, lepszej sytuacji, która znowu wyprowadzała ją z równowagi. Starła się bardzo, ale nie rozumiała procesów zachodzących w jej głowie. Wyuczony program Marty działał bez zastrzeżeń. Za każdym razem, kiedy pojawiał się na jej drodze lęk, równie szybko pojawiła się reakcja obronna, czyli krzyk.

Jej serce było niespokojne, dlatego umysł miała gadatliwy.

Gdy na przystanek podjechał tramwaj numer pięć, Marta wsiadła do pierwszego wagonu, najpierw przepuszczając wychodzących. Zajęła miejsce przy oknie, przed nią siedziała młoda kobieta. Rozmawiała przez telefon, zniżała głos, aby nie było jej zbytnio słychać.

Marta spoglądała raz na tulipany, które trzymała w ręce, to znowu na ulice, którą przemieszczały się samochody. Ten maj okazał się bardzo chłodny. Ludzie byli poubierani w ciepłe kurtki.

— Tak, mówię ci, że warto się wybrać na taki seans — usłyszała Marta niechcący, co sąsiadka przed nią powiedziała do słuchawki telefonu.

— Byłam mnichem, pracowałam w klasztorze w małej miejscowości na południu Francji, potem wybrałam życie małego chłopca Santiago — młoda kobieta opowiadała dalej, a Marta zmarszczyła czoło ze zdziwienia.

Co to za brednie!— oceniła w myślach Marta.

— Różnie na to mówią, regresja duchowa albo regresja hipnotyczna. Bardzo pomaga w rozwoju duchowym, tylko jest warunek, że musisz być zdrowa psychicznie, aby się temu poddać — nieznajoma wyjaśniała przez telefon.

— Jak się spotkamy, to ci więcej opowiem, bo wrażeń moc, a teraz przepraszam cię, ale będę wysiadać — zakończyła rozmowę, wstając z siedzenia.

Marta zmierzyła ją wzrokiem. Miała około trzydziestu lat, długie, ciemne włosy spięte w kucyk. Bardzo szczupła w niebieskich dżinsach i szafirowym płaszczu. Wysiadła na przystanku przy rondzie czyżyńskim, a tramwaj numer pięć skręcił potem w prawo i dalej Aleją Jana Pawła powiózł Martę do ulicy Basztowej.

Słowa nieznajomej poruszyły ją, podczas podróży rozmyślała o nich. Nie wiedziała, w tym momencie , do czego ją ten trop już niebawem doprowadzi.

 

Szymon wyszedł z teatru. Było późne popołudnie, bardzo zmęczył się cytowaniem Mickiewicza, ostatecznie jednak pojawiła się nadzieja, że dostanie tę rolę, jednak na obecną chwilę tego nie wiedział. Reżyser zalecił mu intensywne stapianie się z twórczością narodowego wieszcza i wręczył tomik poezji. Za kilka dni Szymon miał przyjść jeszcze raz na próbę wraz z innym kandydatem.

Wokół zabytkowego teatru nazwanego na cześć innego narodowego wieszcza – Juliusza Słowackiego – rozkwitała wiosna, choć dosyć nieśmiało. Drzewa się zazieleniły, kwiaty puszczały pąki, ale słońce nieśmiało przedzierało się przez zachmurzone niebo.

Szymon poczuł głód i postanowił odwiedzić zaprzyjaźnioną włoską restaurację. Od teatru ulica Szpitalna, przy której usytuowane były zabytkowe, krakowskie kamienice zaprowadziła do na Mały Rynek, potem obok kościoła Mariackiego po przekątnej pokonał płytę Rynku Głównego i znalazł się na ulicy Świętej Anny. Przy jej końcu, po prawej stronie czekała na niego przepyszna pizza w włoskiej trattorii.

— Cześć — powiedział do zaprzyjaźnionej kelnerki, gdy wszedł do środka. Gabrysi na jego widok rozbłysły oczy i rumieniec pojawił się na policzkach. Niezobowiązująco spotykała się od czasu do czasu z Szymonem, aby spędzić przyjemną noc w jego towarzystwie.

— Mmm… witaj — uśmiechnęła się i pokazała wolny stolik pod oknem. Wnętrza restauracji było ciepłe, przyjemne, zachęcające do odpoczynku i zasmakowania we włoskich specjałach.

— Padam dzisiaj z nóg — odparł Gabrysi. Była wysoka, szczupła, miała talię osy, duży biust i bujne usta, które zazwyczaj malowała czerwoną szminką. Blond włosy do pracy związywała w kucyka na czubku głowy. W oczach błyszczały figlarne iskierki. Lubiła się bawić, podobać mężczyznom i lubiła też ich pieniądze. Umawiała się z bogatymi, starszymi panami, którzy chętnie obdarzali ją swoim zasobnym portfelem w zamian za miłe towarzystwo. Szymon pieniędzy nie miał, ale kobieta czuła do niego ogromny pociąg fizyczny, dlatego czasami się spotykali dla obopólnej, cielesnej satysfakcji.

— To może zjesz sobie kawał dobrego mięsa, zamiast pizzy ? — zaproponowała, zagryzając przy tym wargę.

— Nie, zbyt ciężko strawne. Powiedz Józkowi, żeby mi ukręcił najlepszą pizzę i niech dorzuci od serca karczochów — poprosił.

— Zrobi się — odparła.

— Co pijesz? — zagadnęła.

— Piwo z butelki, co dzisiaj wieczorem robisz? Może wpadniesz do mnie? — zaproponował.

— Gdybyś przyszedł pół godziny wcześniej, miałbyś mnie dzisiaj z przyjemnością, ale się już umówiłam, niestety — tłumaczyła, marszcząc czoło.

— Zostanie mi Mickiewicz — ocenił.

— Słucham? — zapytała, ponieważ nie dosłyszała słów Szymona. W lokalu panował dosyć spory ruch.

— Nieważne, kotku przynieś mi piwo i pomyśl o mnie w najbliższych dniach. Potrzebuję twojego masażu — ocenił.

— Ulalala, coś marnie wyglądasz, zaraz ci przyniosę pizzę, to się trochę nakarmisz — odparła, puszczając oko.

Szymon został sam na sam ze stolikiem i widokiem, który roztaczał się za szybą. Po ulicy przechodziło mnóstwo osób. Mężczyzna wyciągnął z plecaka tomik wierszy.

— Trochę cię gościu nie mogę zrozumieć — przyznał, wertując tomik poezji.

Natrafił na wiersz ” Romantyczność”. Zaczął czytać, oczywiście nie na głos.

 

Słuchaj dzieweczko,

-Ona nie słucha-

To dzień biały, to miasteczko

Przy tobie nie ma żywego ducha.

Co tam wkoło siebie chwytasz.

Kogo wołasz, z kim się witasz?

– Ona nie słucha-.

 

            — No nieźle, wariatka Karusia — przypomniał sobie z lekcji języka polskiego tę historię spisaną wierszem.

Coś jednak go natchnęło i postanowił czytać dalej. Czasami z perspektywy lat widzimy tę samą okoliczność, czy sprawę, nawet i wiersz w zupełnie innym świetle.

Nie wiedział tylko, dlaczego w tym właśnie momencie przyszła mu na myśl Weronika.

 

— Pojedziemy dzisiaj razem na zakupy? — zapytała Weronika, wchodząc do łazienki, gdzie Andrzej brał prysznic.

— Jestem już umówiony na spotkanie! — zawołał zza szklanych, przezroczystych drzwi.

Weronika poczuła frustrację.

— Kolejny raz nie możesz, mam wrażenie, że mieszkam w tym domu sama. Ciągle jesteś w pracy, w dzień, wieczorem, w nocy! Nie podoba mi się to — oburzyła się.

Przyglądała się nagiej postaci męża, który był do niej odwrócony tyłem. Na plecach, w okolicach łopatki dostrzegła dziwnego sińca.

— Proszę, podaj mi ręcznik — usłyszała, gdy Andrzej zakręcił wodę i otworzył szklane drzwi.

Kobieta sięgnęła do szafki i podała mężowi kremowy ręcznik.

— Przepraszam cię, ale mamy teraz strasznie dużo pracy, muszę dzisiaj jechać — odpowiedział na jej zarzuty.

Weronika stanęła przy drzwiach i oparła się o futrynę. Miała smutną minę, jej długie włosy opadały na białą koszulę, którą miała na sobie. Zerkała ukradkiem na siniaka, który mąż miał obok łopatki. Taka niezbyt gruba kreska, idealnie pasująca do zagłębienia kobiecych warg.

Straciła ochotę na dalszą rozmowę i wyszła z łazienki. Do głowy przyszło jej tylko jedno i nie było to miłe skojarzenie.

— Jasna cholera! To takie kwiatki — wyszeptała pod nosem, gdy znalazła się sypialni.

Usiadła na łóżku, zaraz też włączyła swoją relaksacyjną płytę, a potem sięgnęła po książkę.

Próbowała się wyciszyć i uspokoić, po tym , co zobaczyła. Musiała milczeć, nie mogła wprost zapytać męża o siniaka na łopatce. Tutaj potrzebny był czas i wnikliwa obserwacja.

— Może wybierzesz się do kina dzisiaj, grają bardzo fajny film — zaproponował, gdy wszedł do pokoju po ubranie.

— Dzięki, samej mi się nie chce, zostanę w domu — odpowiedziała zdawkowo i zanurzyła głowę w książce, którą czytała. Rozdział zatytułowany był: Zabłyśnij własnym światłem.

Przez pierwsze chwile nie mogła skupić wzroku na literach, ponieważ myśli rozpraszała malinka, którą zauważyła na plecach Andrzeja. Była pewna, że ona jej tam nie zostawiła.

Po kilkunastu minutach jednak tekst ją wciągnął, z dołu dochodziły odgłosy krzątaniny Andrzeja, Weronika czytała.

” Narodziłeś się z najczystszego światła, jakie istnieje we wszechświecie, czyli z miłości. Jesteś miłością i podczas pobytu na ziemi musisz sobie to przypomnieć i pokazać innym swoją moc i piękno. Wiodą do tego różne drogi, często są one trudne, bolesne i zawiłe. Ostatecznym celem ludzkiej duszy jest połączenie się z absolutną miłością, od której wszystko się zaczęło, czyli z Bogiem. Światło, które nosisz w sobie promieniuje przez twoje oczy i kryje się w uczynkach, jakie popełniasz wobec siebie, innych ludzi, natury i zwierząt. Światło to sprawia, że twoje działania przepełnia miłość, twój dotyk jest kojący, a głos uspokaja. Każdy problem, który pojawia się na twojej drodze, nie jest dany tobie po to, aby ci sprawić przykrość, ale po to, aby przymnożyć więcej światła twojej duszy. Poprzez rozwiązywanie trudności, pokonywanie słabości i przyjmowanie cierpienia. doznajemy procesu uszlachetniania naszych cnót. Należy pamiętać, że nasze uczynki nie giną w eterze i prędzej, czy później powrócą do nas jak bumerang. Jeżeli jaśniejesz pięknem, miłością, współczuciem, cierpliwością, szacunkiem i dobrodusznością, to te wartości pomnożysz sobie i innym ludziom, którzy skupiają się wokół ciebie. W drugą stronę ciemna energia wypływająca ze złości, nienawiści, zazdrości, żądzy i zachłanności ściąga w dół. do gęstej masy ciemnego światła. Pamiętaj, że to ty decydujesz. Za każdym razem możesz wybrać, kiedy znajdujesz się w dylemacie i ocenić, co przyniesie ci dany wybór. Czy oblecze cię w białe, czyste światło? Czy może pogrąży twoją duszę mrokami i oddali cię od miłości?

Ciemna energia działa podstępnie, ukazuje się ona człowiekowi często pod postacią energii seksualnej. Ta ma ogromną moc, ponieważ pod jej wpływem podejmuje się często bardzo ryzykowne decyzje i zachowania. Seks jest potężną siłą, dzięki popędowi fizycznemu przekazuje się życie, jednak właściwe używanie energii seksualnej powinno być połączone z czystą miłością do drugiego człowieka. Sam seks tylko i wyłącznie dla przyjemności, bez poszanowania drugiego człowieka sprowadza niskie wibracje i przygasza piękne światło naturalnej radości, która mieszka w sercu każdego z nas.

— Szymon — wyszeptała Weronika i żal się jej zrobiło zarówno siebie, jak i jego.

— Jaki to było puste i głupie! Co mnie opętało? — zastanawiała się.

— Może Baśka miała rację, że szukam wrażeń… — rozważała i zapatrzyła się na krople deszczu, które spływały po szybach.

— Wychodzę! — Weronika usłyszała, jak Andrzej zawołał z dołu.

Nic mu nie odpowiedziała. Czuła się potwornie źle, ubrudzona szybkim, bezsensownym seksem z nieznajomym mężczyzną. Do tego podejrzewała, że jej mąż ją zdradza. Jej życie traciło sens z dnia na dzień. Nie mogła mieć dziecka, nie czuła się kochana, nic ją nie cieszyło. Znajdowała się teraz zupełnie sama w przepięknym domu. Niestety żadne skarby świata nie zastąpią sercu miłości, tylko Weronika żyła jeszcze ułudą, że miłość może otrzymać od kogoś lub czegoś. Wkrótce miała zrozumieć, że wygląda, to zupełnie inaczej.

Nagle usłyszała dzwonek do drzwi. Zdziwiła się, ponieważ nikogo się nie spodziewała.

Zbiegła po schodach na dół i otworzyła drzwi, stał w nich pan Stanisław.

— Dzień dobry, ja do małżonka — uśmiechnął się.

— Witam pana, mąż przed momentem wyjechał — poinformowała.

— Ah, to szkoda, ale czemu panią ze sobą nie zabrał?   Ja bym takiej pięknej kobiety samej nigdy nie zostawił— zażartował Stanisław.

— Mąż ma to w zwyczaju — skomentowała z wyczuwalną pretensją w głosie.

— A nie wybiera się pani na miasto? Piątek dzisiaj, tyle się dzieje na Kazimierzu, na rynku, trzeba się rozerwać. Mogę panią podwieźć, jadę ze znajomymi w tamtym kierunku — zaproponował. Był bardzo bezpośredni.

— Dziękuję, nie raczej w domu zostanę — oświadczyła rozbawiona.

— Pięć minut i wystarczy na zmianę ubrań? — zapytał.

— Słucham? — dopytała.

— No przecież w piątek to trzeba błyszczeć! — oświadczył i uśmiechnął się.

Weronika usłyszała, że z zewnątrz dochodzą dźwięki muzyki. Wyglądnęła z ciekawością za drzwi, a na podjeździe stała długa, biała limuzyna.

— To pana? — zapytała.

— Nie, hehe, wynajęta. Jedziemy świętować urodziny mojej drogiej przyjaciółki, zapraszam cię serdecznie Weroniko, co będziesz w domu sama siedziała — zachęcał.

— Szalone to, ale czemu nie? — oszacowała, że raczej w towarzystwie Stanisława nie zrobi żadnych głupot, a prawda była taka, że nie chciała być sama w domu.

— To przebierz się i czekamy na ciebie, a te dokumenty przekaż Adamowi — wręczył Weronice czarną teczkę.

Kobieta wzięła ją i zniknęła za drzwiami domu, żeby się przebrać.

 

 

Marta siedziała przed komputerem w sypialni, Natalka już spała. Po wspólnej kolacji nawet trochę razem porozmawiały. Dziewczyna wracała powoli do zdrowia, ale to wydarzenie miało się rzucić cieniem na jej życiu, najbardziej psychicznym.

Kobieta czytała z mieszanymi uczuciami artykuł, który odnalazła w sieci. Przypadkowo zasłyszana dzisiaj w tramwaju rozmowa telefoniczna zaintrygowała ją.

” Regresja duchowa daje możliwość poznania poprzednich wcieleń człowieka. To niezwykle przydatne narzędzie, które pozwoli zobaczyć, co takiego wydarzyło się w naszej przeszłości i w jaki sposób rzutuje to na teraźniejszość. Kim byłeś? Co takiego uczyniłeś? Dlaczego w obecnym życiu masz pod górkę? Dlaczego się nie układa? Czemu ponosisz porażki? Odpowiedzi na te i wiele innych pytań może dać podróż przez poprzednie żywoty. Takie sesje musi przeprowadzać doświadczony terapeuta zajmujący się regresją, a przez kolejne inkarnacje przeprowadza człowieka jego duchowy przewodnik. Pokazuje on najistotniejsze fakty i okoliczności z poprzednich inkarnacji. One mają wpływ na to, co dzieje się obecnie.

— Boże, to jakieś niedorzeczności chyba — oceniła Marta i sięgnęła po papierosa.

Zapaliła go od zapałki, zaciągnęła się dymem i odchyliła głowę na fotelu obrotowym przed biurkiem. Niebieskawe światło promieniowało od monitora i odbijało się w oczach Marty. Oprócz tego wnętrze oświetlał nieduży kinkiet zamontowany w rogu pokoju. Kobieta spoglądała na duże łóżko i robiło się jej przykro. Czuła się oszukana przez Marka. Pojmowała, że po części przyczyniła się do tej sytuacji, jednak żal był dotkliwy. Wiele lat poświęcenia, układania planów, marzeń, córka, masa wspomnień zarówno tych dobrych, jak i złych. Niestety Marek wybrał drogę bez Marty.

— Wszystkiego bym się spodziewała, ale nie tego, że mnie zdradzi. Co za kurwa szma…. — nie dokończyła. Powstrzymała się przed kolejną obelgą. Obiecała uroczyście przed Matką Boską, że przestanie kląć. Postanowiła to też ze względu na Natalkę.

— Ale przecież ja nie wierzę w reinkarnację! — zawołała i wyłączyła komputer.

Wstała z fotela i zapaliła małą świeczkę, położyła ją na szafce obok łóżka. Położyła się na beżowej narzucie, która przykrywała pościel. Zwinęła się w kłębek i przymknęła powieki. Miała na sobie czarne getry i kremowy, dosyć ciepły sweter. Rozmyślała o wszystkim, co teraz się działo w jej życiu. Po kilku minutach spod powiek popłynęły łzy. Piekły bardzo.

To wypływała niemoc, żal, smutek i gorące pragnienie odmiany losu.

— Matko Boska i wszystkie świętości w niebie usłyszcie mnie, nie zostawiajcie samej, sama nie dam rady, próbuję, ale nie wychodzi. Jakby mnie ktoś zaczarował w ten przeklęty los…. proszę pomóżcie mi … — modliła się, łkając. Dzisiaj nie poszła się już umyć. Zasnęła ze łzami w oczach, raną w sercu i modlitwą na ustach.

 

 

Weronika śmiała się w najlepsze w towarzystwie Stanisława i jego przyjaciół. Biała limuzyna mknęła ulicami Krakowa, otulonymi nocą i światłem latarni.

— Tak zakochać się można tylko raz — śpiewali na głos w limuzynie. Byli już mocno wstawieni za przyczyną sporej ilości wypitych trunków.

— Zdrowie Krysi! — Stanisław wzniósł toast koleżanki.

Reszta współbiesiadników zawtórowała. Weronika dziwiła się, jak los poukładał zdarzenia, że znalazła się dzisiaj na imprezie urodzinowej Krystyny. Kobieta miała tyle lat, co jej mama.   Był też Włodek i Wiesiek, i jeszcze Hania z Grażynką. Tylko Weronika nie miała pary. Muzyka grała bardzo głośno, alkohol lał się strumieniami, wewnątrz pojazdu rozbłyskały kolorowe światła.

— A teraz zdrowie naszej pięknej Weroniki — Staszek wzniósł kolejny toast.

— Zdrowie! Każdy powód jest dobry, żeby wznieść toast! — oświadczył z wyraźną, zachwianą już procentami wesołością, Włodek – korpulentny sześćdziesięciolatek.

— Swoją drogą Weroniczko ja się dziwię Andrzejowi. On jakiś jest lekkomyślny! Taka kobita i w domu zostawić samą! — zachodził w głowę Stanisław, dolewając Weronice wina.

— Dziwny, dziwny chłop — wtrącił Włodek, a Wiesiek przytaknął.

— Widocznie ktoś inny zwrócił uwagę mojego męża — zasugerowała Weronika. Wypity alkohol ułatwił uzewnętrznienie jej skrywanych lęków.

— Hmm…. wiesz, może tak być. Ja nie widzę innego powodu, ale nie musisz się sugerować moją opinią— objaśniał Staszek.

Weronika westchnęła, ponieważ przeczuwała najgorsze. Wypiła kolejną porcję alkoholu, na myśl przyszedł jej Szymon. Coś ją do niego ciągnęło, jakaś niewyjaśniona kwestia, której być może nawet jeszcze nie znała.

— Życie to są tylko chwile, chwile, tak ulotne, jak motyle…. — biesiadnicy śpiewali kolejną piosenkę, kołysząc się przy tym na różne strony.

Weronika zapragnęła, aby dowiedzieć się więcej. Chciała poznać prawdę o sobie i o Andrzeju. Miała wrażenie, że ich małżeństwo jest fikcją niemalże literacką.

— Staszku, zatrzymacie się tutaj, ja muszę coś załatwić — poprosiła.

 

— Ostra jesteś — powiedział Andrzej, przytrzymując za włosy Paulinę.

Znajdowali się w hotelowym pokoju. Kobieta miała na sobie czarną, koronkową koszulkę i stringi. Klęczała na łóżku z rękami podpartymi pod głową. Mężczyzna wymierzył jej bolesnego klapsa. Jęknęła, ale sprawiło jej to przyjemność.

W pokoju były zasłonięte zasłony i zapalone dwie lampki po obu stronach łóżka.

Andrzej był rozebrany i gotowy, aby spenetrować swoją kochankę. Nie zrobił tego jednak. Zerwał z niej bieliznę, a następnie odwrócił ją na plecy. Sięgnął po wibrator i włączył go. Paulina rozszerzyła tylko nogi. Andrzej z satysfakcją przyglądał się, jak kobieta przymyka powieki, rozwierając   przy tym wargi. Po kilku chwilach wpiła się ustami w skórę na jego ramieniu mocno ją zasysając. Jej ciało pokrywała gęsia skórka, a sutki na piersiach były stwardniałe od podniecenia, które coraz większymi fragmentami zabierało w swoje objęcia jej istotę.

— Ta noc będzie dłuuuuga — ocenił Andrzej, gdy wypełnił ją swoim stwardniałym przyrodzeniem.

— Oj taaak, aaaa — jękneła Paulina, oddając się rozkosznemu zapomnieniu.

 

 

Szymon próbował zasnąć, ale nie udawała się ta sztuka. Nie spotkał się dzisiaj z żadną ze swoich koleżanek. Przeczytał dużo wierszy Mickiewicza i udzielił mu się dziwny nastrój. W sypialni panowały ciemności, a tylko światła ulicznych latarni rozjaśniały nieco mroki tej majowej nocy. Mężczyzna przewracał się z boku na bok.

— Jasna cholera — zaklął i wstał z łóżka. Poszedł do kuchni napić się wody. Nalał sobie pełną szklankę i wrócił do sypialni. Zanim się położył usłyszał ciche pukanie do drzwi.

— A kogo diabli nadali? — powiedział ze zdziwieniem. Podszedł do drzwi w przedpokoju i zapalił światło, ostrożnie je otworzył.

Zamurowało go na widok, który zobaczył.

— Weronika? — zapytał, jakby zobaczył ducha.

Kobieta była zmieszana i niepewna. Wyglądała na zdesperowaną.

— To ja, cześć — odparła nieśmiało.

— Hm.. nie zapowiedziałaś się — zażartował, choć trochę był przestraszony.

— Mogę wejść? — zapytała, spoglądając na niego swoimi bajecznie przejrzystymi oczami.

— Jasne, chodź — odparł.

— Dzięki — powiedziała.

— Co się stało? — zapytał z ujawniającym się niepokojem.

Patrzył na nią i nie mógł się nadziwić, jaka jest piękna, ale do tego proporcjonalnie smutna.

— Samotność bardzo boli, mogę pobyć trochę z tobą? —odpowiedziała pytaniem.

Spoglądała w jego oczy i widziała w nich nadzieję na ukojenie, choć na te kilka najbliższych godzin, a potem nie chciała się już więcej budzić.

— On ma kogoś, tak? — zapytał.

Przytaknęła, a z jej oczu popłynęły łzy.

— Tak mi się wydaje — dodała po chwili.

— Chodź do mnie — powiedział i wyciągnął dłoń w jej kierunku.

Przytuliła się do niego bez zawahania.

— Nie chcę się kochać, chcę tylko, żebyś był przy mnie — wyszeptała, gładząc dłonią jego kark.

— Masz wymagania dziewczyno — ocenił.

— Zrobisz to dla mnie? — zapytała.

— Tak, maleńka — odpowiedział, muskając przy tym wargami płatek jej ucha.

Poprowadził ją za rękę do sypialni. Ściągnął z niej płaszcz i sukienkę. Założyła na siebie jego podkoszulek. Ułożyła się wygodnie na łóżku.

— Teraz ta pościel powinna zapłonąć — stwierdził, puszczając do niej oko.

Weronika patrzyła przez okno na światła nocnego Krakowa.

— Dobrze mi przy tobie — powiedziała, trzymając dłoń na nagim torsie Szymona. Czuła pod palcami bicie jego serca.

— Czucie i wiara silniej mówi do mnie, niż mędrca szkiełko i oko — wyrecytował nieświadomie.

— Romantyczność — powiedziała Weronika.

— Znasz? — zapytał zaskoczony Szymon.

— Nie, ja to uwielbiam— przyznała.

— Uczę się do roli teraz — objaśniał.

— Coś poczułam, gdy cię zobaczyłam — wyjawiła.

— Hmm.. — westchnął.

— Jestem rozbita na milion kawałków, zastanawiam się, czy kiedykolwiek się poukładam w całość — obawiała się.

Szymon obrócił się na bok, tak, że widział jej oczy naprzeciwko swoich. Patrzył w nie kilka chwil, potem musnął wargami jej usta. Weronika odwzajemniła pocałunek.

— Ułożysz mnie? — zapytała z nadzieją.

— Teraz do snu kotku cię ułożę — odparł, gładząc dłonią jej włosy.

— Sam jestem nieźle popaprany — dodał.

— Coś mnie do ciebie ciągnie — oświadczyła, obserwując jego reakcje.

— Niewiele ci mogę dać — przyznał.

— Daj mi trochę twojego światła, prosto z serca, to mi wystarczy — poprosiła, wtulając się w jego ramiona.

— Nie jestem właściwą osobą Weronika, ja nie umiem być z nikim na dłuższą metę, nie umiem dawać, jestem lekkoduchem, ze mną możesz mieć tylko kłopoty — przestrzegał.

— Ciii…. — położyła palec na jego ustach.

— Moje serce bije spokojnie przy tobie, to takie cudowne uczucie i chcę już zasnąć — odparła, uśmiechając się błogo.

Szymon już nic nie powiedział, tylko otulił ją ramionami najczulej, jak umiał.

— Śpij aniołku — wyszeptał i sam też zamknął oczy. Jego dotyk przepełniała radość i delikatność. Pierwszy raz spotkał w łóżku kobietę, do której się tylko przytulał.