ROZDZIAŁ VII- Pamiętaj, z błędów wyciągnij największą naukę!

Weronika siedziała na balkonie przy swojej sypialni. Obudziła się bardzo wcześnie. Była otulona kocem i wsłuchiwała się w śpiew leśnych ptaków. Promienie wschodzącego słońca nieśmiało przedzierały się przez korony drzew. Z pokoju dobiegały dźwięki staro-indyjskiej mantry wdzięczności. Kobieta znajdowała się całkiem sama w swoim pięknym, dużym domu. Andrzej wyjechał na spotkanie z zagranicznymi inwestorami do Warszawy. Miał wrócić dopiero w niedzielę.

Weronika powątpiewała w służbowy charakter tego wyjazdu, jednak ona sama też miała plany na zbliżający się weekend. Cieszyła się, że męża nie będzie w domu. Relacja z Szymonem nabierała nie tyle rozpędu, co rumieńców na policzkach Weroniki. Serce biło jej szybciej, gdy o nim myślała. Miał w sobie coś miłego, miękkiego i sympatycznego. Jego osobowość, sposób bycia, podejście sprawiły, że kobieta poczuła do niego dużo więcej, niż tylko ochotę na niezobowiązujący seks, choć i ten bardzo jej przypadł do gustu.

Mieli się dzisiaj razem wybrać na kolację, a potem do mieszkania Szymona, ale to miało się wydarzyć wieczorem. Teraz Weronika spoglądała na ogród, który zaplanował jeden z najbardziej wziętych architektów w mieście. Każda roślinka, drzewo, kwiatek i krzewinka miały w nim swoje miejsce. Nic nie zostało pozostawione przypadkowi. W jej życiu zawsze wszystko było idealnie zaplanowane. Od maleńkości.

— Ten perfekcjonizm jest nudny…! — wypowiedziała to zdanie z narastającą złością.

— Od dziecka miało być wszystko najlepsze, najpiękniejsze, najbardziej błyszczące. Pierwsze miejsca w zawodach sportowych, najlepsze oceny, najbardziej renomowane szkoły, luksus, przepych, bogactwo, sukces…. tak, ten ostatni najwięcej kosztuje człowieka — rozważała.

— To nie daje szczęścia, nigdy nie byłam szczęśliwa, nawet nie potrafię tego zdefiniować. Boże, co ja za życie mam? I do czego to wszystko ma zaprowadzić…? — zastanawiała się.

— Mam męża, którego praktycznie nie ma w domu, nie mogę mieć z nim dziecka, nie robię w życiu tego, co bym chciała… i nawet nie wiem, co bym chciała robić… — zmartwiła się i zamilkła.

Śpiew ptaków stał się teraz bardziej intensywny, a słońce mocniej zaświeciło. Nowy dzień budził się w całej swojej okazałości niosąc ze sobą radosne tchnienie świeżości i nadzieję na to, że można zacząć wszystko od nowa.

— Chyba powinnam pomagać innym… — stwierdziła po chwili namysłu.

— Sama dostałam od życia w nadmiarze dóbr materialnych , ponad moje najśmielsze oczekiwania — dodała i wstała z posadzki. Weszła do sypialni i wsunęła się pod kołdrę.

—Jeszcze na chwilę zamknę oczy, może sen przyniesie jakieś odpowiedzi — postanowiła i nakryła się po sam czubek nosa.

 

 

Kiedy Weronika zapadła w sen Wojtek wracał do domu. Był zmęczony całonocnym stróżowaniem.

— Nie dam rady na dwa fronty pracować — oszacował, wsiadając do samochodu zaparkowanego przy jednej z ulic dochodzących do Rynku Głównego. Kraków powoli budził się do życia, a Wojtek nie mógł się już doczekać, żeby dojechać do mieszkania Pawła i położyć się spać. Po kilku godzinach snu miał się zbierać do pracy w restauracji.

— Samospełniająca się przepowiednia o biedaku, co żył pod wozem i nie mógł się na wóz wyskrobać, cholera jasna! — zaklął, gdy zorientował się, że samochód jest delikatnie pochylony na prawą stronę.

— Noż niech to szlag trafi, kapeć! — zawołał, gdy wyszedł z samochodu i popatrzył na przednie koło z prawej strony leciwego pojazdu.

— A ja nie mam zapasu, kurwa…. — zaklął ponownie.

Westchnął, rozłożył ręce i zaczął intensywnie myśleć, jak naprawić koło.

 

Andrzej uśmiechał się zalotnie do Pauliny, gdy ona gładziła go po ręką po udzie. Prawdą było, że jechał na spotkanie służbowe, tylko w zupełnie frywolnym towarzystwie.

Samochód mknął autostradą w kierunku Katowic. Para najpierw miała zamiar odwiedzić luksusowe spa, a dopiero na samym końcu spotkać się w Warszawie z zagranicznymi inwestorami.

— Mam ochotę na seks, jak tylko przyjedziemy na miejsce to od razu wchodzimy do łóżka — oświadczyła Paulina, puszczając oko do Andrzeja.

— Hmm… — westchnął.

— Dopiero będziemy wzdychać — obwieściła z szelmowskim uśmiechem.

— Masz trójkę dzieci, twój facet chyba daje radę, co? — zagadnął Andrzej zaintrygowany rozbudzonymi zapędami seksualnymi Pauliny.

— Nie, nie daje rady — zaprzeczyła.

— W porządku, więcej nie pytam — stwierdził, wykonując manewr na drodze. Włączył kierunkowskaz i zjechał na lewy pas, żeby wyprzedzić tira.

— Andrzej, ja ci powiem szczerze i zapamiętaj to sobie. Świat opiera się na dupie i na pieniądzach. Mój mąż jest konserwatystą w łóżku i to skrajnie prawicowym. Moje potrzeby są spychane na dalszy plan. Zaspokaja siebie i zasypia. Uważa, że wszystko jest w porządku, a nie jest. Przestałam mu już tłumaczyć, ponieważ moje wywody nie zmieniały jego światopoglądu. W ogóle to uważa, że powinnam zostawić pracę i poświęcić się całkowicie wychowaniu dzieci, a dzieci przecież też kiedyś urosną… — objaśniała.

— To po co z nim jesteś? — Andrzej zapytał.

Nastała chwila ciszy. Paulina zamyśliła się i próbowała ułożyć fragmenty napływających refleksji w jedno, sensowne zdanie.

— Nie wiem — odparła przerażona po dłuższym rozważaniu.

— Aha — skomentował Andrzej.

— Trudno mi odpowiedzieć, rozwaliłeś mnie tym pytaniem, zresztą ja sama sobie je często zadawałam, ale chyba odpowiedź na nie mnie przeraża i przerasta. Pewnie musiałabym zmienić całe dotychczasowe życie, może odejść… — zawahała się i posmutniała.

— A ty, dlaczego jesteś z Weroniką? Przecież, gdybyś był szczęśliwy nie szukałbyś przygód…— oceniła i spojrzała z zainteresowaniem w oczy Andrzeja.

Mężczyzna uśmiechnął się przebiegle.

— Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Lubię piękne kobiety, a ty taką jesteś, więc… — nie dokończył i wsunął prawą rękę między uda Pauliny. Najwidoczniej sprawił jej tym gestem znaczną przyjemność, ponieważ przymknęła oczy i odchyliła głowę.

— Dobra, jedź szybciej do tego hotelu. Szybki prysznic, a potem seks do upadłego — wyszeptała, wyobrażając sobie, co ją będzie czekało wkrótce w zaciszu pięknego kurortu.

 

 

Szymon pojawił się w teatrze dzisiaj wcześniej o pół godziny. Miały zostać ogłoszone wyniki castingu na rolę Mickiewicza. Mężczyzna usiadł w pierwszym rzędzie na widowni w oczekiwaniu na nadejście reżysera. Zaraz też rozległ się dźwięk jego telefonu, spojrzał na wyświetlacz, dzwoniła mama.

— Cześć mamo, co słychać? — przywitał się.

— Witaj synu, tak dawno cię u nas nie było, kiedy nas odwiedzisz? — zapytała z troską.

— Mamo, mam trochę pracy i już plany na ten weekend, może w następna niedzielę — zaproponował, choć skłamał z tym brakiem czasu wolnego. Miał go pod dostatkiem, tylko nie lubił jeździć do domu, ponieważ tam zawsze czekała go konfrontacja z ojcem. Nie chciało mu się wysłuchiwać kazań i morałów, które mu prawił. Tata liczył na to, że Szymon oprzytomnieje i zostawi zawód aktora, a w zamian zajmie się uczciwą pracą, a nie farmazonami, jak nazywał pasję syna.

— Przygotuję twoją ulubiona kaczkę z jabłkami, może dasz się namówić na obiadek u mamy? — zachęcała z płonną nadzieją, że ukochany syn się jednak zgodzi.

— Mamo, muszę kończyć, potem zadzwonię — przeprosił, gdyż spostrzegł, że Antoni wszedł na scenę.

— Cześć Szymon — przywitał się z młodym aktorem.

— Dzień dobry pani Antoni — odparł.

— Miło, że się pojawiłeś przyjacielu, ale niestety nie mam dla ciebie dobrych wiadomości, choć pamiętaj, że największą naukę wyciągamy z porażek — zaznaczył starszy mężczyzna. Mina Szymona zrzedła.

— Czyli nie dostałem tej roli — z nutą zawodu w głosie Szymon stwierdził.

— Przykro mi, ale wybrałem Leszka. Musisz jeszcze poćwiczyć, natomiast talent masz duży — przyznał reżyser.

— Dobrze, w takim wypadku nic tutaj już po mnie, dziękuję i do widzenia — pożegnał się i skierował kroki do wyjścia.

— Szymon, poczekaj! — zawołał jeszcze za nim Antoni.

Mężczyzna odwrócił się, ale bez szczególnego zainteresowania. Był zezłoszczony.

— Pamiętaj, z błędów wyciągnij największą naukę! — przypomniał reżyser i uśmiechnął się serdecznie do Szymona. On wiedział, że najlepszym nauczycielem dla młodego aktora będzie czas.

— Zapamiętam — odparł Szymon i odwrócił się na pięcie.

— Sratatata, nauki z błędów, kij w bary temu wszystkiemu — mężczyzna wycedził przez zaciśnięte z bezradności i zdenerwowania zęby.

— Może ojciec miał rację, może powinienem to zostawić. Chodzę, jak głupi na castingi i nic, żadnej roli — rozważał, wychodząc na dwór. Z nieba zaczynał się sączyć deszcz. Pogoda psuła się z godziny na godzinę, pomimo tego, że rano słońce zapowiadało piękny dzień. Niestety w pogodzie tak, jak i w życiu. Okoliczności zmieniają się bardzo szybko. Szymon liczył ogromnie na angaż do roli Mickiewicza i niestety jego nadzieje spełzły na niczym. Nie miał ochoty zastanawiać się nad tym, gdzie popełnił błąd? Miał wrażenie i uważał, że zrobił wszystko tak, jak należy. Coraz bardziej zaczynał wierzyć w to, że prześladuje go nie tylko pech, ale także brak znajomości i układów. Na początku swojej kariery nie myślał w ten sposób, ale z każdą kolejną straconą rolą, do jego świadomości coraz mocniej zaczęło pukać takie przekonanie. Musiał wrócić do mieszkania, ponieważ w południe miał zaplanowane jeszcze korepetycje. Postanowił zrobić sobie spacer do Podgórza, gdzie znajdowała się kamienica. Wyciągnął z plecaka paczkę papierosów. Gdy zapalił i wypuścił dym z ust, napięcie powoli zaczęło opuszczać jego ciało.

 

Przejdźmy teraz do naszego kolejnego gościa. Z nami w studiu pani dyrektor domu dziecka Elwira Bułczyńska i rodzice, którzy starają się o adopcję, państwo Marlena i Artur Kowalscy — w salonie, gdzie Weronika ścierała kurze, włączony był telewizor, a w nim nadawano poranny program śniadaniowy. Zwróciła uwagę na słowa redaktor prowadzącej, odłożyła ścierkę do wody z miską, ściągnęła gumowe rękawiczki i usiadła na kanapie.

Z zainteresowaniem słuchała gości.

— Procedura adopcyjna jest dosyć trudna i skomplikowana, nie każda para nadaje się do przyjęcia dziecka z domu dziecka na wychowanie, pomimo początkowych dobrych chęci — opowiadała starsza, tęga pani dyrektor. Miała krótko ścięte rude włosy.

— Trzeba wykazać się cierpliwością i dużym taktem. Inaczej podchodzi się do dzieci starszych, inaczej do maluszków, które dopiero, co się urodziły. Oczywiście noworodki są najbardziej upragnione przez pary marzące o potomstwie, ale tych jest stosunkowo mniej w porównaniu do starszych dzieci — dyrektor opowiadała na wizji, a Weronika doznawała olśnienia. Nigdy nie myślała o takiej formie rodzicielstwa. Teraz wydawało się jej, że niebiosa do niej przemawiają.

Może właśnie, dlatego nie mogę mieć swojego dziecka… — pomyślała i wyłączyła telewizor.

Wstała z kanapy i ruszyła do przedpokoju, a potem schodami na górę do sypialni.

Włączyła swoją relaksacyjną płytę i położyła się na łóżku. Poczuła ekscytację i strach. Była wręcz pewna, że Andrzej nigdy się nie zgodzi na takie rozwiązanie. Zastanawiała się teraz nawet nad tym, czy ona sama chce być z nim dalej? Adopcja byłaby możliwa tylko w sytuacji, kiedy wystąpiliby o to razem…

Te i inne myśli wpędzały Weronikę w błędne koło niespełnionego marzenia o posiadaniu dziecka. Rozprawiała tak intensywnie nad tym zagadnieniem, że zapomniała o spotkaniu z Szymonem.

— Dobra, oddychamy, na raz wydycham zdenerwowanie, na dwa wdycham spokój — mówiła na głos, a jej piersi unosiły się   rytmicznie do góry i na dół.

 

Szymon otworzył drzwi mieszkania, stała w nich Agatka, jego zbuntowana uczennica.

— Dzień dobry panu — przywitała się.

— Cześć, miło cię widzieć, ale nie byliśmy umówieni— odpowiedział.

— Tak, wiem, ja tylko na dwa słowa, mogę? — zapytała.

— Jasne, zapraszam — odparł i zaprosił gestem ręki dziewczynę do środka.

Usiedli w kuchni, gdzie Szymon zwykł przyjmować swoich gości.

— Ojciec mnie postawił pod ścianą — zaczęła.

— To znaczy? — zagadnął, nalewając dziewczynie sok pomarańczowy.

— Powiedział mi, że jak nie pójdę na studia prawnicze, nie będzie mi dawał pieniędzy. Owszem mogę iść na weterynarię, ale sama się mam utrzymywać i wyprowadzić się z domu — objaśniała.

— Szach mat — skomentował Szymon.

— Jest nieugięty — pożaliła się.

— Ma do tego prawo. Pytanie jaką naukę z tego wyciągnęłaś? — zapytał.

Agatka chwilę się zawahała, zanim sformułowała myśl.

— Z moim ojcem się nie dyskutuje, ale dał mi wolną wolę. Powiedział, że jestem dorosła, a czas pokaże, czy dojrzała — opowiadała.

— A ty się boisz, tak? — zgadnął Szymon.

— Nie poradzę sobie, nie pracowałam nigdy, zawsze miałam wszystko od rodziców. Tylko oni spełniają swoje marzenia, a nie moje — rozważała.

— Świat nie jest sprawiedliwy, po prostu jest, a ty możesz wybrać. Wybierz mądrze — poradził.

— Może się przekonam do prawa…? — zastanawiała się.

— Ja ci tego nie wywróżę. Wiem tylko, że z błędów musisz wyciągnąć największą naukę, ale najpierw błąd musi zaistnieć — przypomniały mu się słowa pana Antoniego.

Szymon miał do przepracowania lekcję, ale się jej najzwyczajniej bał. Często ludzie lękają się tego, co trudne, bolesne, niewygodne. Obawiają się prawdy, jednak tysiąckrotnie lepiej jest żyć w prawdzie, niż w kłamstwie.

— Nie czuję się na siłach do wzięcia odpowiedzialności za moje życie — przyznała ze smutkiem.

— To może odpuść i nie rób nic na siłę. Pożyj na razie w tym, co dla ciebie przygotowali rodzice. Kto wie, co się wydarzy? A nóż widelec okażesz się świetnym prawnikiem, który będzie troszczył się o prawa zwierząt…? — zasugerował Szymon.

Agatka rozpromieniła się na te słowa.

— Fakt, przecież organizacje działające na rzecz zwierząt też potrzebują prawników — uprzytomniła sobie.

— No właśnie, zdrówko! — oświadczył, stukając szklanką z sokiem w jej szklankę.

— Dziękuję za tę rozmowę — powiedziała, zapatrując się w figlarne oczy Szymona.

— Do usług. Tłumaczenie innym zawsze mi lepiej wychodzi, niż tłumaczenie sobie samemu — podsumował.

— A angielskiego zdałam na piątkę! — pochwaliła się.

— Zuch maturzystka, moje gratulacje — ucieszył się.

W tym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi.

— O, to mój kolejny uczeń — powiedział Szymon.

— Ja już uciekam, jeszcze raz panu dziękuję, do widzenia — pożegnała się Agatka i wyszła z kuchni. Minęła się w drzwiach z rówieśnikiem.

Szymon ucieszył się, że kogoś podniósł na duchu. Zapragnął, aby jego w tym momencie też ktoś pocieszył, jednak do głowy przychodziły mu bardzo przyziemne rozkosze.

 

— Przeczytałam o tej metodzie i nie chcą mnie opuścić myśli z nią związane — powiedziała Marta do Gabrysi. Umówiły się razem po pracy na Rynku Głównym. Siedziały w jednym z ogródków od wylotu ulicy Floriańskiej. Gabrysia była niską, dosyć korpulentną w kształtach blondynką z kręconymi włosami. Miała łagodne rysy twarzy, pełne usta i okrągłe, śmiejące się, niebieskie oczy. Posiadała niezmiernie łagodne usposobienie.

— Trochę to niebezpieczne, jak dla mnie — przyznała Gabrysia.

— Wiem, dla mnie też. Nigdy nie interesowałam się tematem reinkarnacji, choć wiedziałam, że coś takiego istnieje. Tylko w tym artykule było napisane, że to może pomóc człowiekowi poradzić sobie z problemami…— objaśniała Marta, popijając kawę. Spoglądała co jakiś czas na płytę rynku. Kwiaciarki pod żółtymi parasolami sprzedawały kwiaty. Turyści, których z każdym dniem przybywało, tłumnie przemieszczali się, robiąc zdjęcia albo zapatrując się w wiekowe zabytki, które znajdowały się w zasięgu ich wzroku.

— Może spróbowałabyś czegoś mniej kontrowersyjnego? — zaproponowała Gabrysia.

— A co masz na myśli? — zagadnęła Marta.

— Może psychologa, ewentualnie psychiatrę na początek… — odparła.

— Nie jestem psychiczna — zaprotestowała Marta.

— Spokojnie, nie mówię, że jesteś, ale skoro szukasz pomocy, to może warto zacząć od tradycyjnych metod, a potem sięgnąć po coś niekonwencjonalnego — objaśniała Gabrysia.

— Heh… może masz rację, ale ja nie lubię psychologów. Uważam, że oni sami mają nierówno pod sufitem. Trudno mi to wytłumaczyć, ale coś poczułam, gdy usłyszałam o tej metodzie. Pierwszy raz od bardzo dawna zapragnęłam czegoś tak z całych sił — wyznała.

— Przemyśl to, ale ja byłabym ostrożna. To trochę ryzykowne — zaznaczyła Gabrysia.

— Jest mi już całkiem wszystko jedno. Marek odszedł, Natalka dopuściła się głupoty życia. To, co uważałam za pewnik, rozsypało się, jak domek z kart. Nie wiem, czy coś gorszego mnie jeszcze może spotkać..? Mam wrażenie, że dotknęłam dna i teraz mogę się tylko od niego odbić — opowiadała.

— Wiem, że nie jest ci łatwo, ale zanim coś zrobisz, zastanów się dwa razy. To moja rada od serca i z serca życzę, aby wszystko ci się poukładało — powiedziała z troską Gabrysia.

— Z czasem się ułoży, ale jestem świadoma, że mam sporo pracy do zrobienia — oświadczyła Marta.

— Nad sobą — dodała.

— Każdy człowiek musi pracować nad sobą — wtrąciła Gabrysia.

— Coś musiałam przekombinować w poprzednich życiach, skoro teraz mam pod górkę — obawiała się Marta.

— Najważniejsze, żebyś uczyła się na błędach. To gwarantuje, że będziesz coraz piękniejszym człowiekiem… — zapewniła Gabrysia.

— Kiedyś będę — zapragnęła Marta, rozmyślając nad swoim losem.

— Możesz wszystko, tylko musisz postanowić i działać — stwierdziła Gabrysia.

— Będziesz za mnie trzymała kciuki? — zapytała Marta.

— Odkąd się znamy, to trzymam kciuki za ciebie — odpowiedziała, puszczając oko do Marty.

 

 

Szymon przygotował w kuchni stół do kolacji. Nakrył go nawet białym obrusem. W małym rondelku gotował boloński sos, a w drugim, większym, wrzała woda z makaronem. Gdy tylko zadzwonił dzwonek, pobiegł do przedpokoju.

— Witaj kotku — powiedział do Weroniki, która z promiennym uśmiechem stała w drzwiach.

— Jestem — oświadczyła.

— Myślałem, że ten dzień się nie skończy — przyznał, patrząc w jej oczy.

— Mogę? — zapytała, ponieważ Szymon nie zaprosił jej do środka.

— Taaaak, jasne, przepraszam cię! Jesteś jak zwykle zjawiskowa — ocenił, spoglądając na jej smukłe nogi ubrane w obcisłe, czarne getry. Kusa, koralowa kurtka, wysokie szpilki i rozpuszczone włosy odejmowały jej lat i dodawały seksownego pazura.

— Co tak pachnie? — zaciekawiła się.

— Nasz kolacja — odparł.

— Naprawdę umiesz gotować? Myślałam, że zjemy na mieście — opowiadała.

— Trochę umiem, żeby przeżyć, ale jak ci nie zasmakuje, to wyskoczymy do jakiejś knajpy na Kazimierzu. Przejdziemy kładką Bernatką spacerem i wybierzemy klimatyczny lokal — zaproponował.

— Szymon, pozwól, że najpierw zasmakuje w twoich specjałach — zdecydowała stanowczo.

— Nie, no jasne, chodź dalej — wskazał ręką kuchnię.

Zrobiła kilka kroków i zachwyciła się. W małej kuchni, przy niewielkim stole czekał biały obrus, dwa talerze, sztućce, kieliszki napełnione winem i jedna, podłużna świeczka włożona w szklany słoik.

— O kurczę, postarałeś się — powiedziała z uśmiechem.

— Mogę się jeszcze bardziej postarać, tylko nie w tym pomieszczeniu — oświadczył, zmieniając ton głosu na zadziorny. Podszedł do Weroniki i pocałował ją niespodziewanie. Ona objęła ramionami jego szyję i oddała się całkowicie tej rozkosznej pieszczocie.

— Szymon, makaron — zawołała w przerwie między kolejnymi pocałunkami.

— Zaraz zjemy — odpowiedział, rozpływając się coraz bardziej w aksamitnych ustach Weroniki.

— Ale kipi! — wtrąciła, wyswobadzając się z jego objęć.

— Ożesz, zagapiłem się! — zaczął się usprawiedliwiać,   wyłączając gaz pod kipiącym garnkiem.

— Całujesz wyśmienicie — przyznała Weronika, przytulając się do jego pleców gdy stał nad zlewem, odcedzając makaron.

— Przynajmniej wiem, że w łóżku mi nic nie wykipi — ocenił.

— No, no, no, nie byłabym tego taka pewna — stwierdziła, chwytając go za krocze.

— Widzisz, wiesz wszystko — odparł, odwracając się twarzą do niej.

— Nie, nie wiem. Staram się żyć tutaj, ponieważ ani moje życie z przeszłości, ani z przyszłości mi się nie podoba. Tylko ta chwila…. — przyznała, spuszczając wzrok.

— Ta chwila ze mną? — dociekał.

— Tak, ta chwila z tobą — potwierdziła i przybliżyła swoje usta do jego warg.

Całowali się najpiękniej, jak umieli, oddając się całkowicie teraźniejszości, w której razem się znaleźli. Bez planowania, kontrolowania i rozpatrywania konsekwencji.

— Możemy zjeść potem..? — zapytała, rozpinając guzik jego dżinsów.

— Hmm…. tylko wyłączę sos do makaronu, nie popełnię drugi raz tego samego błędu — odpowiedział Szymon.

Potem przenieśli się dosyć szybko do sypialni, czekała ich długa noc i mieli zjeść podczas niej nie tylko sphagetti.