ROZDZIAŁ VIII- Najczęściej ranimy tych, których najbardziej kochamy.

— Wojtek szybciej, za wolno kroisz te pomidory — gruby, wysoki mężczyzna pospieszał. Znajdowali się w restauracyjnej kuchni. Dookoła stały blaty i regały w kolorze metalu, w dużych garnkach gotowały się potrawy, a pracownicy uwijali się prędko, żeby ze wszystkim zdążyć. Wokół unosiły się opary wydobywające się właśnie z garnków, tudzież patelni.

— Jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy — odpowiedział poirytowany Wojtek. Nie tak wyobrażał sobie pracę w gastronomii. Przypominało mu to program telewizyjny, w którym gotuje się na czas.

— Słuchaj, Marysia się rozchorowała, musisz dzisiaj zostać do zamknięcia — poinformował manager, który wszedł właśnie z korytarza. Miał bardzo surową minę.

— No, ale ja muszę iść do drugiej roboty, nie dam rady — objaśniał Wojtek.

— Słuchaj, to jest nagła sytuacja, zależy ci na tej pracy, czy nie? — zapytał manager. Miał wzrok nieznoszący sprzeciwu i wydatne kości policzkowe, włosy jasne, krótkie, delikatnie falowane.

— Zależy mi, ale mam też inne zobowiązania — oznajmił Wojtek. Stał nad drewnianą deską, obok której leżało kilka opakowań z pomidorkami koktajlowymi.

— Zastanów się, czy dasz radę trzymać dwie sroki za ogon? Może się tak wydarzyć, że wyfruną z ręki obydwie i zostaniesz z niczym — mężczyzna przestrzegł i odwrócił się na pięcie.

Wojtek nie wiedział, jak ma się teraz zachować? Zdawał sobie sprawę, że nie ma zastępstwa na stróżowaniu. Postanowił zadzwonić do szefa ochrony i zapytać o to, czy mógłby kogoś ewentualnie przysłać, choć z góry zakładał, że się nie uda. Pesymizm to była stała cecha charakteru Wojtka.

— Cholera jasna, zawsze człowiekowi piach w oczy! — zaklął.

— Chyba wiatr w oczy — poprawił go otyły kolega, który wyrabiał w misce ciasto.

— O jedno chodzi — odparł Wojtek.

— Strasznie jesteś rozkojarzony. Musisz skupić się na jednej rzeczy — zasugerował.

— Od dziecka tak mam. Mówili mi, że choruję na adhd, a potem się okazało, że to depresja — opowiadał Wojtek, wycierając ręce w ścierkę.

— Pierdu, pierdu, sratatata, ja w tam w żadne depresje nie wierzę. Jak masz robotę do zrobienia, to nie myślisz o pierdołach, tylko robisz. Wtedy znika depresja, bo trzeba ciasto wyrobić. Spójrz na mnie — zawołał i uśmiechnął się szeroko. Cały ubrany był w biały kitel, na którego tle odznaczała się tylko jego okrągła, czerwona twarz.

— Dzięki za rady, muszę zadzwonić do muzeum — poinformował Wojtek i wyszedł do szatni.

 

 

— Uważasz, że jest sens, żebyśmy dalej byli razem? — zapytała Weronika, wchodząc do gabinetu męża.

— Słucham? — odpowiedział zdezorientowany Andrzej.

— Normalnie się pytam ciebie — powiedziała, siadając na fotelu po drugiej stronie dębowego biurka.

— Weronika, mam ważną pracę do dokończenia. Muszę odpisać na maila. Może zrobisz kolację, to zaraz w spokoju usiądziemy i porozmawiamy. Wiem, że masz burzę hormonów, pragniesz dziecka i to wszystko się na siebie nakłada. Dużo pracuję i wyjeżdżam, trochę ostatnio zaniedbaliśmy nasz związek, ale obiecuję, że jak tylko skończymy pracować nad tym nowym projektem, wszystko ci wynagrodzę — tłumaczył się nieudolnie.

— Po pierwsze nie zaniedbaliśmy, a zaniedbałeś, po drugie nie planuję rozwodu tylko przez moje hormony, jak to stwierdziłeś, tylko przez fakty. Po trzecie nagrodzić się mogę sama, ale niestety największa moja nagroda jest poza moim zasięgiem i z tobą raczej się ona nie ziści — opowiadała zdenerwowana.

— Spokojnie kochanie — starał się załagodzić napiętą sytuację. Za oknem padał deszcz i wiał bardzo silny wiatr.

Na twarzy Weroniki malowała się złość i żal. W ręku trzymała brązową, papierową kopertę.

— Czucie i wiara silniej mówi do mnie, niż mędrca szkiełko i oko — wyrecytowała fragment wiersza.

— Co ty bredzisz? — zagadnął Andrzej poirytowany zachowaniem żony.

— To z Mickiewicza mój drogi. Nie uważałeś na lekcjach. W ogóle nie uważasz ostatnio. Czułam, że coś jest nie tak. Intuicja mi dobrze podpowiadała, a żebym nie była gołosłowna, to masz tutaj dowody na szkiełko i oko. Miłego oglądania — odpowiedziała i rzuciła kopertę na biurko męża, po czym wyszła z jego gabinetu.

Andrzej sięgnął po kopertę i ją otworzył. Wyciągnął z niej plik zdjęć. Na pierwszym z nich całował Paulinę tuż przed wejściem do hotelu. Na kolejnych znajdował się z nią w podobnych konstelacjach. Przeglądał fotografie jedna za druga, a na jego głowie włosy zaczęły się jeżyć.

— Kurwa… — wyszeptał, chowając twarz w dłoniach.

Ostatnie zdjęcie, na którym na hotelowym balkonie całuje Paulinę po nagich piersiach, pogrążyło jego szansę na jakiekolwiek tłumaczenia.

— To już pozamiatane — powiedział sam do siebie.

Weronika stała w kuchni i patrzyła przez okno na spływające po szybie krople deszczu.

Poddawała teraz relację z mężem oczyszczającemu działaniu prawdy. Wynajęcie detektywa było bardzo prostym zabiegiem, wymagającym jedynie posiadania odpowiedniej kwoty i odwagi zderzenia się z faktami. Podejrzenia Weroniki okazały się słuszne. Ostatni wyjazd był niezłym pretekstem do spędzenia czasu z kochanką.

Kobieta stała z rękami założonymi na piersiach. Czuła, że małżeństwo z Andrzejem jest fikcją. Zdrada bolała, choć wcale nie była niepowetowana.

— Może kiedyś będzie mi dane zaznać szczęścia — wyszeptała, a po tych słowach łza spłynęła po jej policzku.

Ogarnął ją smutek związany ze swoja egzystencją, w której w tej chwili nie widziała najmniejszego sensu. Zagryzła wargi i zakryła je dłonią. Usłyszała kroki Andrzeja najpierw w przedpokoju i potem zaraz w salonie. Zatrzymał się kilka metrów za Weroniką.

— Proszę cię, zgódź się na rozmowę…. — powiedział błagalnym wręcz głosem.

Weronika milczała, nie miała ochoty słuchać kłamstw.

— Przepraszam, moja wina. Zrobiłem głupotę, największą w swoim życiu — zaczął się tłumaczyć.

— Ja wnoszę pozew o rozwód — oświadczyła, odwracając się do Andrzeja.

Wzrok miała przenikliwy, a jej słowa brzmiały stanowczo.

— Przestań, nie możesz nas przekreślać z powodu jednego mojego skoku w bok! — zaprotestował.

— Jednego? — zapytała, marszcząc czoło.

Tym stwierdzeniem zbiła męża z pantałyku. Oczywiście zdrad było więcej, ale zagadką było dla Andrzeja to, czy Weronika o nich wiedziała.

— Tak, jednego — zaryzykował kłamstwo.

— O jeden za dużo — odpowiedziała i minęła go beznamiętnie.

— Aha i dzisiaj spakuj swoje rzeczy — dodała, zatrzymując się na progu salonu.

— Proszę cię Weronika, daj mi szansę porozmawiać, wyjaśnić…

— Dla mnie jest wszystko jasne — odparła.

— Ale, gdzie niby mam mieszkać, przecież to jest też mój dom — objaśniał.

— Na papierze jest mój, oszczędź mi i sobie wchodzenia na drogę prawną w tej kwestii. Zamieszkać spróbuj u tej blondynki ze zdjęć, może jej mąż i dzieci są tolerancyjni, i gościnni — oświadczyła z ironią i udała się schodami na górę.

Drzwi zamknęła na klucz. Położyła się na łóżku i zaczęła płakać.

 

— Mamo, tyle razy tłumaczyłem ojcu i zdania nie zmienię — oświadczył Szymon.

— Dziecko, ale sam widzisz, jak ciężko jest w tym zawodzie. Nie masz angażu, z czego będziesz żył? Z korepetycji? Nie masz umowy o pracę, jesteś na bezrobociu. Czas się ustatkować, znaleźć dziewczynę, wziąć ślub, założyć rodzinę — tłumaczyła z czułością mama. Miała takie oczy, jak Szymon. Ciepłe, dobre, wesołe, otoczone brązowymi, długimi rzęsami. Głowę zdobiły miodowe, równo ścięte włosy do wysokości brody. Marzena była niska, nieco pulchna w swoich kształtach. Posiadała bardzo łagodne usposobienie, w przeciwieństwie do swojego męża – Romana.

— Nie dla mnie rodzina, żona i dzieci. Nie myślę o tym na razie mamo — zaprotestował Szymon.

— A kiedy zaczniesz myśleć? Masz już prawie trzydzieści lat! — przypomniała mama.

— Najpierw muszę zrobić karierę, kupić mieszkanie, ustawić się w życiu — wyliczał. Siedzieli razem w jadalni, pomieszczenie opływało w błyszczące, dębowe drewno i eleganckie dodatki. Stół zdobił bukiet z herbacianych róż, a nad nim wsiał kryształowy żyrandol. Dom rodzinny Szymona znajdował się na Woli Justowskiej. To bardzo bogata dzielnica Krakowa, gdzie swoje posiadłości mają między innymi znani i sytuowani Krakowianie.

— Posłuchaj doświadczonej matki i nie odkładaj najważniejszych spraw, jakie powinieneś zrealizować w swoim życiu na koniec, bo życie ci przeminie o niczym. Rodzina to podstawa, baza, na tym wszystko budujesz. Co ci z przelotnych romansów, co ci z pustej kawalerki, do której wracasz co wieczór sam? — tłumaczyła Marzena.

— Mamo, przecież to, co jest dobre dla ciebie, nie zawsze jest dobre dla mnie — odparł.

— Wiem, ale jako matka muszę przekazać ci te wartości, w które wierzę, a serce mnie boli, jak widzę, jak ci życie przecieka przez palce — przyznała z żalem.

— Ale to jest moje życie i jeśli ma mi po prostu przecieknąć przez palce i mi to pasuje, to jaki problem? — zagadnął.

— A pasuje ci? — odpowiedziała pytaniem na pytanie mama.

— Heh…. — westchnął i odchylił głowę do tyłu na krześle.

— No właśnie, tak czuję, że jedno myślisz, drugie uważasz, a trzecie robisz — oceniła.

— Mamo proszę, już nie jestem małym chłopcem — pożali się Szymon.

— A ja mam wrażenie, że jesteś! Wybacz, ale od dziecka byłeś niecierpliwy, chciałeś mieć wszystko już, a jak ci się nie udawało coś albo nie szło po twojej myśli, to odpuszczałeś. Teraz widzę to u ciebie zwłaszcza w stosunku do kobiet. Jeszcze nie poznałam ani jednej twojej dziewczyny! — oświadczyła z pretensją.

— Przecież znasz dużo moich koleżanek, co ty opowiadasz!? — oburzył się.

— Owszem znam tylko twoje koleżanki! Niepoprawny romantyk z ciebie jest i kobieciarz! Musisz się w końcu ustatkować! Ja zazdroszczę moim przyjaciółkom, które spacerują po parku z wnukami…. — opowiadała z nutą zawodu w głosie.

— Aaaaa…..! To o to chodzi! — uśmiechnął się Szymon.

— Ja nie jestem gotowy do roli ojca mamo — dodał, wypuszczając powietrze z ust.

— Do tej roli nie można się przygotować synu. Ją po prostu dostajesz, nie ma castingów, powtórzeń, uczenia się do niej tekstu. Idziesz na żywioł i to rola dożywotnia, ale warta przeżycia! Weź sobie te słowa do serca od doświadczonej mamy — poprosiła Marzena, klepiąc serdecznie Szymona po ręce.

— Mamo, na to jest za wcześnie, ale dziękuję za troskę — dyplomatycznie odpowiedział.

Marzena pokiwała tylko głową i rozłożyła bezradnie dłonie.

— Niech ci się wszystko ułoży najlepiej dziecko — oznajmiła.

— Będzie, co ma być, a tymczasem ja się już zbieram. Dziękuję ci za pyszny obiad. Chyba do jutra nic już nie zjem i pozdrów tatę — mówił, przytulając mamę na pożegnanie.

— Do zobaczenia Szymon — powiedziała mama.

— A i pamiętaj zabierz koszyk z kuchni.   Spakowałam ci sałatkę, śledzie i resztę kaczki — przypomniała Marzena.

— Dziękuję — oświadczył, puszczając oko w stronę mamy.

Zabrał koszyk i wyszedł przed dom. Marzena obserwowała, jak wsiada do samochodu. Dzisiaj padał deszcz, więc na zewnątrz było szaro i smutno, pomimo tego, że na drzewach i krzewach rozwijały się już młode, zielone liście.

— Oby się ustatkował…. — zapragnęła, wzdychając.

 

 

Marta spojrzała przez kuchenne okno i twarz jej zbladła. Na chodniku przed kamienicą zatrzymał się samochód. Kobieta oczywiście momentalnie rozpoznała, że to samochód męża, ale Marek nie był sam. Na miejscu pasażera siedziała jego nowa wybranka.

— Kurwa mać — zaklęła Marta.

— Nie da mi żyć, nawet tutaj przywlókł tę wywłokę. Ja pierdolę. I cały mój spokój zburzony…. — kontynuowała wyrażanie swojej złości.

— Co się stało mamo? — zaniepokoiła się Natalka, wchodząc do kuchni.

Marta zmiarkowała się, że córka słyszała jej przekleństwa.

— Cholera jasna…. przepraszam cię, nie powinnaś tego słuchać— zaczęła się tłumaczyć.

— Mamo, ale dlaczego się zdenerwowałaś? — dociekała dziewczyna, podchodząc do okna kuchennego, przez które z narastającą frustracją spoglądała Marta.

— Tata po ciebie przyjechał — odpowiedziała.

— Byliśmy umówieni, mamy iść przecież na kolację — przypomniała.

— Tak, ale najwidoczniej chce ci przedstawić twoją   przyszłą macochę — objaśniała Marta, otwierając nową paczkę papierosów. Ręce się jej roztrzęsły z emocji, przejęcia i zdenerwowania. Żal w jej sercu wzbierał na sile, jak sztormowa fala na morzu, która zaraz ma rozbić się z impetem o brzeg.

Natalka rozpoznała, że mama nie może sobie poradzić z aktualnymi okolicznościami.

— Nie pojadę z nim, jak przywiózł tę kobietę — oświadczyła Natalka stanowczo.

Marta zaciągnęła się dymem papierosowym. Zakryła twarz dłonią i w tej chwili zadzwonił dzwonek do drzwi.

— Idź Natalko z ojcem na kolację. Też potrzebujesz z nim kontaktu — odpowiedziała Marta, starając się z całych sił opanować emocje.

— Ale ja nie mam ochoty rozmawiać z osobą, która rozbiła moją rodzinę — zaprotestowała dziewczyna.

— Rozumiem cię, ale nie pozwolę tej kobiecie zniszczyć twojej z nim relacji. Nigdy! — obwieściła uroczyście Marta, spoglądając na córkę z troską.

— Mamo…. mi jest tak przykro, że tata odszedł — odpowiedziała ze łzami w oczach.

— Na to się złożyło wiele rzeczy, ale bez względu na moją z nim relację, on zawsze będzie twoim ojcem — tłumaczyła ze smutkiem. Próbowała powstrzymać płacz, który zaciskał jej gardło. Dzwonek zadzwonił ponownie.

— Idź Natalko otwórz ojcu i jedź z nim, ja się położę w pokoju. Boli mnie głowa — powiedziała i wyszła z kuchni do sypialni.

Natalka udała się do przedpokoju, otworzyła drzwi.

— Cześć skarbie, jesteś gotowa? — zapytał Marek.

— Tylko się ubiorę — odparła, sięgając po kurtkę.

— Ty płakałaś? —zmartwił się, spoglądając na jej zaczerwienione oczy.

Natalko podniosła wzrok na ojca.

— Trochę tak — przyznała ze smutkiem.

— Ale dlaczego? Co się stało? — dopytywał.

— Naprawdę ci muszę tłumaczyć? — odpowiedziała pytaniem na pytanie.

— Nie rozumiem — Marek popadł w konsternację.

— Wychodzi na to, że najbardziej ranimy tych, których kochamy najbardziej — oświadczyła.

— Co ty opowiadasz Natalko? — dociekał.

— Mówiłeś, że kochasz mnie najmocniej na świecie tato, a zraniłeś mnie bardziej, niż ktokolwiek do tej pory i mamę też — opowiadała, a z jej oczu kapały łzy.

— Porozmawiamy o tym dziecko, to bardzo skomplikowana sprawa. Nie mogliśmy znaleźć z mamą wspólnego języka — zaczął tłumaczyć.

— Z tą nową kobietą znalazłeś…? — zagadnęła Natalka.

— Chcę ci ją dzisiaj przedstawić. Agnieszka jest bardzo sympatyczna, myślę, że znajdziecie wspólny język — opowiadał z nadzieją.

— Postąpiłeś nie w porządku wobec mnie. Mieliśmy pójść sami na kolację. Nie mam najmniejszej ochoty spotykać się z tą kobietą. Robię to pierwszy i ostatni raz tylko dlatego, że mama mnie o to poprosiła — odpowiedziała, ocierając łzy z oczu.

Dopiero teraz Marek zrozumiał, że niefortunnie postąpił, zabierając Agnieszkę na spotkanie.

— Przepraszam, nie pomyślałem …— powiedział cicho.

— A gdzie mama? — dodał.

— Boli ją głowa, jest w sypialni — odparła Natalka, zamykając drzwi.

Marek zmieszał się, zastanawiał się teraz, jak będzie wyglądało spotkanie Natalki z jego nową kobietą. Bardzo mu zależało, aby córka ją zaakceptowała, ale ocknął się, że na to jest jeszcze stanowczo za wcześnie. Zeszli razem schodami na dół.

 

W sypialni Marta przytulała twarz do mokrej od łez poduszki. Bała się o to, co dalej z nią będzie? Jak sobie poradzi sama z Natalką? Budowa upragnionego domu pod lasem, została wstrzymana. Nieukończony budynek miał zostać wystawiony na sprzedaż, a pieniędzmi mieli się podzielić z Markiem po połowie.

— A może sprzedam mieszkanie i dokończę budowę sama? — wypowiedziała na głos myśl, która nagle przyszła jej do głowy.

Zaraz jednak podszepty rozumu skutecznie powstrzymały ją od tego zamysłu.

Pozostało jej czekać na to, co przyniesie kolejny dzień.

 

 

— Halo? — Weronika odebrała telefon zaspanym głosem.

— Cześć kotku, nie odzywasz się do mnie, co się dzieje? — zapytał Szymon.

Weronika podniosła się na łóżku, za oknem zapadał już wieczór, przestało padać i jeszcze widać było ostatnie promienie zachodzącego słońca.

— Nie wiem, która godzina, zasnęłam i teraz mnie obudziłeś — tłumaczyła.

— Co się stało? Jesteś chora? Masz dziwny głos — ocenił.

— Źle się czuję — przyznała.

— Zobaczymy się dzisiaj? — zagadnął.

— Nie przyjadę do ciebie, nie mam siły — odparła.

— Powiedz mi, co się stało? Bo jesteś nieswoja — naciskał.

— Jeżeli masz ochotę to przyjedź do mnie — zaproponowała.

— No, ale jak mam przyjechać? A twój mąż…. ? — mówił zaskoczony taką sugestią.            — Nie ma go i już nie będzie — oświadczyła, siadając na łóżku.

— Ulala… grubo. Jesteś pewna, że go nie ma? Średnio mam ochotę się z nim spotkać. Wolę u mnie randki — upewniał się.

— Wiem, co mówię, ale jak nie masz ochoty, to nic się nie stanie, jak się nie zobaczymy — odpowiedziała z obojętnością.

— Przyjadę, jestem ci potrzebny kotku, tak mi się wydaję. Do zobaczenia — zdecydował i pożegnał się.

Weronika po tej rozmowie poczuła ból głowy. Spojrzała na otworzoną część szafy, w której pozostały wieszaki i puste półki. Andrzej zgodnie z jej życzeniem spakował się i opuścił dom. Kobieta czuła się, jak lustro rozbite na tysiące kawałków. Czuła niemoc w rękach, nogach, w całym ciele. Przestało jej już zależeć na czymkolwiek.

Zdrada męża bolała bardzo. Podejrzewała go o to, ale nie sądziła, że tak ją to dotknie. Nadzieja na posiadanie dziecka umarła w niej już całkowicie. Sięgnęła po lekturę, aby przerwać rzekę zmartwień, która płynęła wraz z myślami przez jej głowę.

” Ludzie nie lubią cierpieć, ale cierpienie niesie ze sobą bardzo ważny przekaz, tylko trzeba zechcieć zmienić podejście do cierpienia. ” — zaczęła czytać kolejny rozdział, jakby dedykowany specjalnie dla niej.

” Pozwól dopuścić do siebie wspaniałość, jaką niesie ze sobą trudne doświadczenie. Bądź na nie otwarty. Każda trudność to lekcja od wszechświata dla ciebie. Największe cierpienie może zadać osoba najbliższa i sytuacja, na której bardzo nam zależy. To jest niezmiernie istotna informacja. Jak sobie poradzisz z cierpieniem? Jakie cechy musisz rozwinąć, aby rozwiązać problem? Może masz kłopot z byciem cierpliwym i dlatego dostajesz takie zadania, które mają cię jej nauczyć? Masz w sobie za mało pokory i kolejne nieudane przedsięwzięcie ma ci jej przysporzyć. Pamiętaj, że nie zawsze będzie szło wszystko zgodnie z twoim planem, zwłaszcza wtedy, jeżeli twoje zamysły podbarwione są pobudkami czysto egoistycznymi. Każde twoje działanie powinno zawierać w sobie przesłanie miłości. Należy postępować tak, jak my tego oczekujemy od innych. Stąd prawda, uczciwość, szczerość i ogólne dobro musi się znaleźć w podejmowanych przez nas zamiarach. Takie plany najszybciej się spełniają i są wspomagane przez sprawcze siły wszechświata. Dobro się zawsze mnoży, radość, szczęście, szacunek, wdzięczność, współczucie też. Przymnażaj dobrej karmy sobie i otoczeniu , w którym jesteś. Jeżeli coś nie idzie zgodnie z twoim planem, to zastanów się, czy może w tym planie nie mam jakiegoś ukrytego niecnego zamierzenia. Odpowiedz sobie też na pytanie, co dobrego wydarzy się dla mnie, dla innych i dla mojego otoczenia, jeżeli spełni się moje pragnienie?   To z pewnością pomoże w weryfikacji ewentualnego niepowodzenia, które już miało miejsce albo pomoże   przewidzieć przyszły sukces.

Rozkładając na czynniki pierwsze jakiś duży kłopot możemy uzyskać naprawdę fascynujące wiadomości. Weźmy dla przykładu chorobę. Okazuje się, że któregoś dnia lekarz stwierdza u ciebie wrzody. W takich przypadkach ludzie często mają pretensję, dlaczego to właśnie ich to spotkało? Czasami złorzeczą, martwią się, narzekają, czy smucą.   Gdyby jednak wziąć pod uwagę wydarzenia, które miały miejsce przed zaistnieniem choroby, mogłoby się okazać na przykład, że: chory nie jadał regularnych posiłków, nadużywał alkoholu, jadł niezdrowe, przetworzone jedzenie, denerwował się, złościł, obwiniał innych o swoje niepowodzenia, nie robił regularnych badań u lekarza, zaniedbywał ćwiczenia i wypoczynek.

Możemy dojść do zaskakujących wniosków. Każdy objaw choroby w ciele człowieka to znak ostrzegawczy, że trzeba zwolnić i odpocząć, zrobić rekonesans w naszym zachowaniu, nawykach. Należy pomyśleć, gdzie popełniłem błąd? Co zaniedbałem? Podobnie jest z innymi sytuacjami: niepowodzenie w pracy – może za mało się starałem? albo źle zrozumiałem polecenia szefa, doświadczenie oszustwa — przyczyną może być nieuważność i pośpiech przy podpisywaniu dokumentów , rozpad związku — zbyt mała troska o drugiego człowieka (…) ” — Weronika przestała czytać.

Zamyśliła się nad tym zdaniem. Odłożyła książkę na bok

— Czyżbym za mało o niego dbała? A może on mnie? — zapytała na głos.

— Przecież na początku tak mocno się kochaliśmy, świata nie widziałam poza Andrzejem i gdzieś ktoś popełnił błąd…. — rozważała z żalem.

— Ale ja nie wiem, kiedy to uczucie osłabło … tylko tak bardzo się poraniliśmy nawzajem, za bardzo ….. — wyszeptała, obejmując kolana ramionami.

— Cierpienie, nauka z cierpienia, cierpienie niesie naukę … — powtarzała, przyjmując do swojego ciała doświadczenie ogromnego żalu, bólu, rozłąki, złości i rozbicia. Nie było to przyjemne, ale Weronika pozwoliła duszy i ciału je przeżywać. Kołysała się przy tym, jak związany kaftanem bezpieczeństwa pacjent w szpitalu psychiatrycznym. Wiedziała, że musi się z tym kłopotem skonfrontować całą sobą.

 

 

Wojtek spieszył się do swojej drugiej pracy. Uprosił managera restauracji, aby wypuścił go wcześniej. Bardzo niechętnie i zapowiedzią, że to pierwszy i ostatni raz mężczyzna zgodził się na jego prośby . Wojtek biegł płytą Rynku Głównego, po drodze mijał spacerowiczów, turystów i Krakowian. Kątem oka dostrzegł parę zakochanych, całującą się na ławce obok zabytkowych Sukiennic.

— Boże, kiedy się do mnie szczęście uśmiechnie? Nic tylko ta robota i robota — pożalił się, zapatrzony w chłopka i dziewczynę, którzy emanowali miłością i szczęściem.

— Aaaa, aaaau — nagle rozległ się jęk i huk. Wojtek przez nieuwagę zderzył się z kobietą i ją potrącił. Upadła na ziemię, a wokół niej rozsypały się z torby książki.

— O cholera jasna! Najmocniej panią przepraszam! Zagapiłem się! — zaczął tłumaczyć i podnosić kobietę z ziemi.

— Szłam z nosem w książce i też pana nie zauważyłam — nieznajoma odparła.

Na rynku było już dosyć ciemno, gdyż zapadł wieczór, jedynie światła miasta i latarni ulicznych rozjaśniały mrok.

— Nic się pani nie stało? — zapytał, gdy kobieta stanęła już do pionu.

— Myślę, że tylko trochę obiłam kolana — powiedziała, spoglądając w oczy Wojtka.

Mężczyzna wręcz zaniemówił, gdy na nią popatrzył. Była taka śliczna i uśmiechnięta. Miała jasne, kręcone włosy związane w kucyk, niskie czoło, prosty nos, duże usta i okulary. Ciut niższa od Wojtka, szczupła, w jasnym płaszczyku wyglądała zjawiskowo

— Może trzeba do szpitala? — zaproponował Wojtek przestraszony.

— Bez przesady, to nie czołówka samochodowa — nieznajoma obróciła całą sytuacje w żart.

— Dobrze, skoro pani tak twierdzi, to jeszcze raz przepraszam, aaa i książki, już pozbieram — zmiarkował się, że na ziemi leżą porozrzucane.

Obydwoje schylili się i zaczęli je podnosić.

— Nie mogłam się oderwać od powieści historycznej, uwielbiam ten gatunek, no i tak się zaczytałam, że zapomniałam o świecie. Wracam właśnie z biblioteki — opowiadała.

— Ciekawa musi być — stwierdził Wojtek onieśmielony urodą kobiety.

— Bardzo, dziękuję za pomoc — odparła, gdy Wojtek podał jej książki

— Przepraszam jeszcze raz bardzo, moja wina — przyznał.

— To po prostu nieszczęśliwy wypadek, a nie wina pana, czy moja — wyjaśniała nieznajoma.

— Życzę miłego wieczoru i proszę zwolnić — dodała.

— Dziękuję — odparł Wojtek, drapiąc się po głowie.

— Proszę zaczekać, coś mi teraz przyszło na myśl — uświadomiła sobie i zaczęła przeglądać książki, które miała w torbie.

Wojtek przyglądał się tej scenie z zaciekawieniem.

— Mój dobry znajomy wydał niedawno książkę pod tytułem- zatrzymaj się na czas. Dostałam od niego dwa egzemplarze, jeden dla mnie, a drugi miałam komuś podarować — tłumaczyła.

— A o czym ta książka? — zaciekawił się Wojtek.

— O tym, żeby się zatrzymać na czas — odpowiedziała z uśmiechem, wręczając Wojtkowi egzemplarz.

— Ale przecież nie trzeba, ja nie mam przy sobie pieniędzy, żeby pani zapłacić — zaczął protestować.

— Proszę, to prezent ode mnie. Ta książka miała trafić w pana ręce. Im dłużej żyję na świecie, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nic nie dzieje się bez przyczyny — zapewniła.

— Dziękuję — powiedział zdziwiony takim zbiegiem okoliczności i oczarowany urokiem nieznajomej.

— Do widzenia — pożegnała się kobieta i poszła w przeciwną stronę.

Wojtek stał chwilę zdezorientowany, spoglądając tęsknie w kierunku, w którym się oddalała, a potem zorientował się, że przecież musi się spieszyć do pracy.

Ruszył biegiem do muzeum.

 

 

Do drzwi zadzwonił dzwonek, Weronika wychyliła się z kuchni i zastanowiła się, kto to może być? Po kilku chwilach zreflektowała, że to pewnie Szymon. Podeszła do drzwi w holu i je otworzyła.

— Jestem królewno, na dodatek w towarzystwie — zażartował, pokazując butelkę wina, którą trzymał w ręku.

— Myślałam, że nie pojawisz się już… — oznajmiła.

— Lubię twoje towarzystwo — odpowiedział z błyskiem w oku.

— A myślałam, że tylko seks ze mną lubisz — oświadczyła.

— Hmm… ostro zaczynamy rozmowę. Seks też jest ważny — przyznał.

— Dla was facetów najważniejszy! — oceniła ze złością.

— Mogę wejść i możemy porozmawiać? — zapytał.

— Tak, wejdź — zaprosiła gestem ręki do środka.

Weszli razem do salonu. Szymon usiadł blisko Weroniki na białej, skórzanej kanapie. W pomieszczeniu zapalone było kilka świeczek, więc praktycznie znajdowali w półmroku.

Po chwili uniósł się wokół nich zapach wina, które Szymon otworzył i rozlał do kieliszków.

— Co się wydarzyło? — powtórzył swoje pytanie.

— Mój mąż się wyprowadził. Nakryłam go na zdradzie — odpowiedziała z kamienną twarzą.

— Ooo! To grubo! — odparł zszokowany, popijając przy tym wino.

— Grubo.. — zgodziła się Weronika.

— Ale, skąd masz pewność? — zastanawiał się.

— Wynajęłam detektywa — wyjaśniła.

— Sprytna jesteś — przyznał.

— Po prostu chciałam potwierdzić moje przeczucia — odparła.

— Gdyby więcej osób, korzystało z usług biur detektywistycznych, to rozwodów byłoby, jak grzybów po deszczu — oszacował Szymon.

— A mi się wydaje, że gdyby ludzie się bardziej kochali i sobie ufali, i nie byli tak bardzo zapatrzeni na dobra materialne, to nie byłoby potrzeby z takich usług korzystać — wysnuła swoją teorię.

— Wierzysz, że taki świat jest możliwy? Przecież to utopia. Ludzie się zdradzają, zdradzali i będą zdradzać. W naturze ludzkiej nie leży monogamia…. — wyjaśniał.

— Chciałabym zacząć wierzyć z powrotem. Może znajdę taką osobę, której zaufam i uwierzę w to, o czym mnie zapewni. Przy której poczuję się bezpiecznie. Okazuje się ponoć, że najpierw muszę to wszystko odnaleźć w sobie — opowiadała.

— Jak to? — zaciekawił się.

— Tak to. Nie znajdziesz nic na zewnątrz, jeśli nie masz tego w sobie — powiedziała cichym głosem. Jej oczy błyszczały od emocji, które przeżywała.

— Jesteś inna, niż inne kobiety — zauważył.

— Widzisz się w moich oczach Szymon, dostrzegasz to, co sam masz w sobie. Ty też jesteś inny, niż cała reszta i to właśnie przyciągasz — podsumowała.

— Bardzo piękne te twoje refleksje, ale co z prawdziwym życiem? — zagadnął zamyślony.

— To jest prawdziwe życie. Tu i teraz. Nigdzie indziej nie ma życia, jak tylko w tej chwili i cała sztuka to nauczyć się tej mądrości i prawdy, że nie ma życia na ziemi poza tą chwilą… — po ostatnim słowie, sięgnęła po kieliszek z winem. Wypiła jeden łyk.

— Smakuje ci? — zaciekawił się.

— Tak, masz dobry gust i smak — przyznała.

— Dlatego mi się spodobałaś — odparł, przybliżając swoje wargi do jej ust.

Odłożył swój kieliszek na drewniany blat stolika kawowego, a następnie zrobił to samo z kieliszkiem Weroniki.

— A może tak się miało po prostu wydarzyć …— wyszeptał, muskając wargami płatek jej ucha.

Weronika miała na sobie szare, dresowe spodnie i rozpinaną bluzę na zamek. Włosy miała upięte w kucyk. Szymon rozsunął zamek i jego oczom ukazał się widok nagich piersi.

Popatrzył na nie lubieżnie, czując, jak wzmaga się w nim pożądanie, a następnie pocałował usta Weroniki. Kobieta przez kilka pierwszych chwil zastanawiała się, czy aby na pewno chce się poddać temu, co miałoby się w tej intymnej sytuacji wydarzyć. Pozwoliła jednak na pierwszy pocałunek, potem na drugi, a kolejne posypały się już automatycznie, ponieważ obydwoje poczuli ogromne podniecenie.

— Mogę? — zapytał, próbując zsunąć jej spodnie z bioder.

Skinęła głową. Dosyć szybko znalazł się w niej. Weronika leżała na plecach z głową podpartą na niewielkiej poduszce.

— Uwielbiam ten stan — powiedział zadowolony, przymykając powieki.

Weronika objęła ramionami plecy Szymona, przytulając się mocno do jego torsu. Próbowała odnaleźć spokój, pragnęła miłości, ciepła i bezpieczeństwa. Rozpaczliwie chciała, aby jej życie odmieniło się na lepsze.

— Kotku, czy jest ci przyjemnie? — zapytał, czule całując jej powieki.

— Mojemu ciału tak — odpowiedziała, zaplatając swoje nogi z jego nogami.

Rozkosz potęgowała się w ich lędźwiach z każdym, kolejnym ruchem Szymona. Rozniecał w niej namiętność zmysłowymi pieszczotami piersi.

— Tu i teraz — wyszeptała.

— Teraz maleńka — oznajmił, wtłaczając w nią znaczną część swojej energii życiowej. Zastygli w cudownej ekstazie, która rozpłynęła się w najgłębsze zakamarki ich ciał.

— Bardzo, bardzo… mnie podniecasz. Wariuję przy tobie… — przyznał, obsypując pocałunkami jej szyję i dekolt.

— Seks jest przyjemny to prawda, ale seks bez miłości jest smutny — pokusiła się o nieco melancholijne stwierdzenie.

Było ono niczym kubeł zimnej wody dla Szymona.

— Ale, czy zrobiłem coś nie tak? — zapytał, opuszczając ostrożnie jej ciało.

— Nie, po prostu głośno pomyślałam — wytłumaczyła ze spokojem, zakładając bieliznę. Szymon przyglądał się jej twarzy, włosom, piersiom i dłoniom. Nie mógł się oderwać od tego obrazu. Miał wrażenie, że ktoś rzucał na niego jakieś czary.

— Jesteś głodny? — zapytała Weronika.

— Słucham? — odpowiedział po chwili wyrwany, jakby z hipnozy

— Pytałam, czy jesteś głodny? — powtórzyła.

— Aha, tak, jestem. Chętnie coś zjem — przyznał.

— Dobrze, w takim razie chodź ze mną do kuchni — odparła z delikatnym uśmiechem.